Res Publica


Jan Ostroróg – człowiek renesansu w służbie Rzeczypospolitej

Łukasz Małkiewicz

Długa i męcząca podróż do Rzymu była kolejną misją poselską utalentowanego mówcy, doktora prawa i kasztelana międzyrzeckiego, Jana Ostroroga. Już wcześniej posłował on do Wiecznego Miasta, lecz przed oblicze Piusa II i w sprawie obsady biskupstwa płockiego. Tym razem czekało go spotkanie z Pawłem II, a i powód jego wyprawy był dalece poważniejszy niż za pierwszym razem. Chodziło bowiem o zatwierdzenie ustaleń sławetnego II pokoju toruńskiego, który zakończył 13-letnią wojnę z Zakonem, oraz o zdjęcie klątwy z poddanych krzyżackich, którzy przeszli na stronę polską.

Mowa wygłoszona przez Ostroroga w Rzymie miała charakter niemalże pieśni wychwalającej ojczysty kraj, choć zaprezentowanej z pozycji wiernego chrześcijanina, uznającego boskość papieża. Ojciec święty usłyszał m.in. to, że Polska to kraj wojowników nie mówców, którym opiekują się gwiazdy tworzące konstelacje Byka (pomysł przypisania gwiazdom funkcji opiekuńczych nad danymi krainami nie był nowy, bo stosowali go już starożytni Grecy). To szczęśliwe umiejscowienie i waleczność Polaków spowodowały, iż dotąd nikt nie ujarzmił Polski. Co więcej, Aleksandra Wielkiego Polska przywiodła do opamiętania, a Juliusza Cezara trzykrotnie rozgromiła, zmuszając do trudnych negocjacji. Fakty te – zdaniem polskiego posła – nie zostały uwzględnione przez rzymskich pisarzy, gdyż ci woleli przemilczeć niechlubne porażki. Nie przypadkowo pojawiła się też nazwa „Polacy”, i tu Ostroróg wysuwa ciekawą koncepcję etymologiczną: „Polaków następnie imię otrzymaliśmy z powodu częstych zwycięstw w polu, ponieważ plac boju w naszym języku nazywa się polye”. Spore wrażenie na Pawle II i zebranych dostojnikach musiała też zrobić barwna opowieść o polskich władcach. Międzyrzecki kasztelan wspomniał legendarną Wandę i Władysława Jagiełłę, ale także sobie współczesnych, jak Władysława III Warneńczyka i Kazimierza IV Jagiellończyka. Warto jeszcze zaznaczyć, iż swoją obecnością wspierał w Rzymie Jana Ostroroga Wincenty Kiełbasa, który właśnie otrzymał nominacje na biskupa chełmińskiego i pomezańskiego. Swoistym dowodem na to, jak odebrano polskiego dyplomatę jest zachowany anonim któregoś z obecnych na papieskim dworze Włochów. Miejscowy poeta nie miał za złe Polakowi, iż ten szczyci się swym pochodzeniem, lecz zażądał dowodów zwycięstwa nad Rzymem. „Jesteś w błędzie. Na wieki trwają pod rzymskim panowaniem ojczyste siły zbrojne i zwycięskie sztandary” – tak oto replikował nieznany Włoch. „Pojęcia nie masz o istocie rzeczy, poeto, śpiewający tylko słowa ułożone w wiersze.” – odpowiedział mu dobitnie Ostroróg.

O sprawach duchownych

Niestety ani pewności siebie, ani też oratorskich zdolności naszego posła nie docenił papież, i najprawdopodobniej właśnie ten fakt wpłynął najmocniej na poglądy polityczne Jana Ostroroga. W pierwszym rozdziale swego największego dzieła pt.: „Memoriał o urządzeniu Rzeczypospolitej”, wyraża on stanowczo swoje zdanie na temat prymatu Stolicy Apostolskiej i ingerencji Kościoła w sprawy państwa. W „O sprawach duchownych”, bo taki właśnie tytuł nosi owy rozdział, pisarz zaskakuje, niekiedy nawet szokuje czytelnika śmiałymi zarzutami i spostrzeżeniami. W punkcie zatytułowanym „Jak listy od króla do papieża należy pisać”, radzi: „Nigdy nie przystoi tak pokornie i tak uniżenie pisywać do papieża, jak gdyby król w okowach w więzieniu papieża był trzymany”. Jeszcze ostrzej poucza w punkcie o wymownym tytule „O opłatach na rzecz papieża”: „Chytrzy i podstępni Włosi przywłaszczyli sobie tę władzę, gdy my tymczasem poziewamy i zasypiamy. (...) Potrzeba więc zaprzestać tej zmyślonej pobożności, a papież nie powinien być tyranem pod płaszczykiem wiary, lecz przeciwnie, łaskawym ojcem, jak jest miłosiernym ten, którego on się mieni być namiestnikiem na ziemi”. Polska – według autora memoriału – winna być zwolniona z wszelkich opłat, gdyż broni dzielnie chrześcijaństwa i na walkę z poganami przeznacza olbrzymie sumy pieniędzy. Ostroróg wyraża opinie wartościujące nie tylko na temat papieża, ale także polskiego duchowieństwa. „O obieraniu biskupów i ich urzędowaniu” to punkt, w którym wyjaśnia, dlaczego zabiera głos w tej sprawie; twierdzi bowiem, że gdyby biskupi właściwie spełniali swoje powołanie, to wtedy nie ingerowałby w proces ich wyboru i pozostawiłby tą kwestię w gestii Kościoła. „(...) Nieuków niezdatnych w stanie duchownym święcą” – trwoży się doktor. „Wielu, a może każdy, choć mniej zdatny, ubiegacie się o dostojność kapłańską, bo próżnowanie bywa przyjemne i powabne, a bezczynność miłą i ujmującą” – pisze o dumie kapłanów. Ponadto chce, by duchowni służyli pomocą świeckim, a złote naczynia kościelne, w razie potrzeby, były stapiane i przekazywane państwu. Sygnalizuje również jeszcze jeden problem: w polskich klasztorach jest zbyt wielu Niemców, a kazania są wygłaszane w ich języku, co jest niedopuszczalne. Osłabienie wpływów Kościoła, o które tak zabiega, miałoby się odbyć na rzecz króla, który miałby: mianować notariuszy publicznych (dotychczas obieranych przez papieża), zbierać podatek od księży i nominować biskupów. To nie koniec wzmacniania pozycji monarchy, gdyż pisarz ogłasza, że listy i pieczęć królewską tak jak samego króla należy szanować i karać trzeba bezwzględnie tych, co w obecności króla nie zachowują stosownej powagi.

Na rozwiązania sugerowane przez Ostroroga oraz jego kontrowersyjne opinie można spojrzeć dwojako: jako wyraz żalu wobec papieża, który faworyzował wrogów Rzeczypospolitej, lub jakiegoś osobistego uprzedzenia do Kościoła; albo też jako przemyślane rady, które faktycznie miały służyć Polsce i katolicyzmowi. Pomijając motywy przyświecające naszemu znakomitemu prawnikowi, mogę przychylić się do pomysłu zaprzestania płaceniu trybutu dla Rzymu, choć umotywowanego kosztami poniesionymi na szerzenie wiary – inaczej mogło to by być źle odebrane przez katolicką Europę. Zresztą nie chodzi jedynie o stosunki dyplomatyczne z Watykanem, bo twarde negocjacje powinniśmy prowadzić z każdym państwem. Wiele dobrego mogłoby też wnieść podniesienie dyscypliny w klasztorach, ograniczenie liczby niemieckich mnichów i wprowadzenie kazania w języku polskim. Popieram również chęć podniesienia prestiżu monarchy, ale nie zgodziłbym się na obsadę biskupów przez władze państwowe. Sądy dotyczące naszego duchowieństwa uważam za nieco przesadzone i krzywdzące, chociaż pewnie znalazłyby się wyjątki potwierdzające tezy Ostroroga.

O sprawach świeckich

W drugim rozdziale swojej pracy polski prawnik opisuje przede wszystkim problemy dotykające osoby świeckie. Już w pierwszym punkcie wraca do sprawy niemieckiej odnosząc się do obowiązującego w Polsce prawa magdeburskiego. Fakt, iż Polacy muszą dochodzić sprawiedliwości w odległym, niemieckim landzie komentuje w następujący sposób: „Co za głupota, co za wstyd, hańba, sromota...”. Porusza także bardzo delikatnie kwestię żydowską. „Żydzi także używają prawa niesłusznego, iż wolno im brać lichwę, obce rzeczy dzierżyć i posiadać, nie oddając ich, dopóki im właściciel nie wyliczy, ile żądają” – zarzuca starozakonnym Ostroróg, i od razu wskazuje proste rozwiązanie: „Jeżeli im [Żydom] ta wolność zostanie odjęta, ustaną tym samym liczne kradzieże”. Zagadnienie mniejszości narodowych nie stanowi jednak meritum II części memoriału; sporo miejsca natomiast autor poświęca czysto prawniczym dylematom, co zresztą jest zrozumiałe ze względu na jego profesję i zainteresowania. Skarży się np. na: szkodliwość mnogości pozwów, wielość obowiązujących praw, niedbalstwo podczas spisywania ważnych ustaw, hermetyczność wszelkich bractw i cechów, rozmaitość i wartość pieniędzy (problem ten dotyczył w ówczesnej Europie wielu państw), zbyt niskie wynagrodzenia dla słabo umotywowanych urzędników oraz instrumentalizację prawa. Jan Ostroróg wysuwa również bardzo interesujący koncept na podział broni. Odrzuca majątek jako wyznacznik mało sprawiedliwy. Podwładnych dzieli z kolei na kopijników – winni mieć całą zbroję; półkopijników – przyłbica, pancerz, kaftan, obojczyk i rękawice; strzelców – przyłbica, pancerz, muszkiet albo kusza; szermierzy – przyłbica, tarcza i miecz. Nad całością miałby czuwać wojewoda, który sporządzałby listy obejmujące mieszkańców danego obszaru. Jeśli by kogoś zabrakło w takowym spisie, znaczyłoby to tyle, iż nie jest on szlachcicem. Sprawa obronności jest o tyle ważna dla doktora, iż apeluje on o lepsze zaopatrzenie zamków oraz twierdz, i sporządza własną charakterystykę wypraw wojennych, wyróżniając: zwyczajną, kiedy sama tylko szlachta na wojnę wychodzi; drugą większą, kiedy przy szlachcie trzecia część mieszczan i włościan przeciw napadowi nieprzyjaciela występuje; trzecią największą, kiedy wszyscy bez różnicy ruszają, zostawiając dla obrony w domu część tylko trzecią mieszczan i włościan... Praktyczny wymiar ma propozycja Ostroroga porządkująca pieczęcie najwyższych dostojników. Oprócz herbów własnych i reprezentowanego województwa, miano by stosować dwa kolory wosku: czerwony – dla wojewodów, kasztelanów, prałatów i doktorów, oraz zielony – dla pozostałej szlachty i niższego duchowieństwa. Zakres sugerowanych przez pisarza rozwiązań jest tak szeroki, że wspomnę jeszcze tylko niektóre: wprowadzenie cła; ograniczenie zuchwałych kupców; naprawa dróg; nadawanie w kraju tytułów doktora; ujednolicenie systemu miar i wag; wprowadzenie stosownych do stanu i zawodu ubrań (Żydzi np. mieliby nosić krążek czerwony przyszyty do sukni); zorganizowanie igrzysk; ochrona zwierząt w okresie godów i zakaz stosowania tortur wobec przesłuchiwanych.

Jana Ostroroga bez wahania możemy nazwać człowiekiem renesansu, gdyż jego zainteresowania oraz wiedza znacznie przewyższały wiedzę zwykłego śmiertelnika i obejmowały wiele dziedzin ludzkiego życia. Na duży podziw zasługuje też kariera urzędnicza, jaką zrobił na dworach Kazimierza Jagiellończyka i Jana Olbrachta. Oprócz wspomnianej wcześniej funkcji kasztelana i godności posła, był także najprawdopodobniej podskarbim koronnym (historycy nie są do końca tego pewni), kasztelanem poznańskim, starostą generalnym wielkopolskim i wojewodą poznańskim. Nie mam też wątpliwości, iż swoimi radami, które rozpatrzyć miały kolejne sejmy, pragnął poprawić sytuację Rzeczypospolitej, a troska o dobro państwa to cecha rzadko spotykana u polityka. Wiele z jego planów miało co prawda charakter bardzo nowatorski, ale za to użyteczny. Należy tylko ubolewać nad tym, iż spośród wielu mniej lub bardziej utalentowanych pomysłodawców reform państwa polskiego, historia tak mało miejsca poświęca wybitnemu humaniście, Janowi Ostrorogowi.


Cytaty użyte w tekście pochodzą z „Mowy wobec papieża Pawła II” (Peronatio domini Ostroróg coram domino Apostolico), „Odpowiedzi jakiegoś Włocha”, „Do włoskiego poety” i „Memoriału o urządzeniu Rzeczypospolitej” (Monumentum pro comitis generalibus regni sub rege Casimiro Reipublicae ordinatione congestum). Wszystkie teksty ukazały się w jednym zbiorze zatytułowanym: „Memoriał w sprawie uporządkowania Rzeczypospolitej”, Łódzkie Towarzystwo Naukowe, Łódź 1994 r.


Kiedy historię piszą politycy...

motto: Winni są nieliczni, lecz odpowiedzialni wszyscy

Rozmowa z dr Lucyną Kulińską, badaczem problematyki stosunków polsko-ukraińskich z okresu II wojny światowej

Rafał Zgorzelski: W artykule „Nie tylko Wołyń” stwierdza Pani, że „uznając prawo innych narodów (vide: Żydzi, Niemcy, Ukraińcy – R.Z.) do upominania się o swoje krzywdy, dopuściliśmy do przemilczenia i zapominania tych, których polski naród doznał od swych sąsiadów i mniejszości etnicznych”. Na jakiej podstawie definiuje Pani swoje stanowisko? Czyżby komuś zależało na retuszowaniu historii, Prawdy?

Lucyna Kulińska: Historia była niestety zawsze zakładniczką polityki. Mówi się nawet, że kto ma władzę nad historią, ten ma władzę nad światem. Można mnożyć przykłady pisania historii „na nowo” przez polityków i nadwornych historyków. Niestety, zbyt często oceny przeszłości feruje się zależnie od politycznych koniunktur... Proszę przejrzeć podręczniki, z których uczą się nasze dzieci – są niewątpliwie bliższe prawdy, niż te PRL-owskie, jednak nadal pełne politycznie poprawnych półprawd. Ciekawe, ile jeszcze lat w książkach do języka polskiego będzie się kręcić nigdy nie istniejąca karuzela przy murze getta? Jak długo „Operację Wisła”, która przerwała gehennę cywilnych mieszkańców Bieszczadów, nazywać się będzie „zbrodnią komunistyczną”? Proszę poczytać wspomnienia gen. E. Rozłubirskiego (walczył z UPA), z których można przekonać się, z czym mieliśmy na tym terenie do czynienia – okrucieństwa banderowców wobec cywili nie ustępowały tym najstraszniejszym, wołyńskim. Bezlitosne gwałty, obcinanie kobietom piersi, wypruwanie płodów... Czym innym jest walka z regularnym wojskiem, czym innym pospolite masowe mordy na ludności. Ale do rzeczy! Kiedy kończyła się II wojna światowa, nikt nie miał wątpliwości, kto był sprawcą nieszczęść. Niemcy uderzając na Polskę zapoczątkowali cały łańcuch tragedii, które spadały kolejno na nasz kraj. Potem dołączyli Rosjanie. Tych dwóch odwiecznych wrogów i zaborców Polski naturalną koleją rzeczy i zgodnie z rozmiarami przewin, obarczono całą winą za martyrologię narodu polskiego. Niestety tylko jednego ze złoczyńców można było rozliczyć z przestępstw i ukarać. Nie jest to jednak cała prawda o okupacji. Szereg przestępstw popełnili bowiem w kolaboracji z okupantami lub na własną rękę, obywatele polscy innych niż nasza narodowości. Owe zbrodnie usunięto z naszej zbiorowej świadomości na całe lata. Nie muszę tłumaczyć dlaczego, bo każdy Polak starszego i średniego pokolenia to po prostu wie. Pozostał więc obraz czarno-biały. Tak weszliśmy w lata 90. Tak jak wcześniej wygodnie było wszystkimi przestępstwami obarczać Niemców, tak z czasem, na fali dekomunizacji wszystkie pozostałe winy przypisano Rosjanom. Tymczasem w obrazie wojny i okupacji były półcienie. Obok esesmanów zdarzali się przyzwoici, współczujący Polakom Niemcy, obok okrutnych banderowców czy Kuszowych Widiłłów – ratujący Polaków z narażeniem życia zwykli Ukraińcy – sąsiedzi i krewni, byli też Polacy wydający Niemcom Żydów, a Rosjanom bunkry banderowców. Ale dzięki licznym źródłom, każdy historyk, a szczególnie zespoły badawcze, są w stanie odtworzyć rozmiary i wagę zjawiska, a tym samym wskazać konkretnych sprawców przestępstw, szczególnie, gdy są to zbrodnie ludobójstwa. Tymczasem, kiedy po latach wiele archiwów zostało otwartych, na przeszkodzie historykom stanęła ponownie polityka. Temat nierozliczonych zbrodni ukraińskich znowu stał się niewygodny, a brak wiedzy albo premedytacja zaczęły, wielu skądinąd inteligentnych ludzi, prowadzić na manowce... Niektóre fragmenty naszych dziejów zaczęto eksponować, inne zacierać, ukrywać, manipulować. Co gorsza, pojawiła się maniera poniżania Polski i Polaków, a nawet obciążania ich nie swoimi winami. W tej sytuacji hasło „wybierzmy przyszłość” brzmi wyjątkowo fałszywie.

R.Z.: Co blokuje badania nad udziałem mniejszości narodowych, np. ukraińskich nacjonalistów z OUN-UPA w eksterminacji Polaków na Kresach Wschodnich dawnej Rzeczpospolitej? Czy była to akcja zaplanowana i świadoma, a może splot nieszczęśliwych okoliczności lub też wynik intryg Sowietów i Niemców?

L.K.: Zaraz po wojnie wszystko było jasne. Wtedy Polacy powinni do końca rozliczyć się ze zbrodniarzami, denuncjatorami. Zbyt wielu, i to z różnych przyczyn, uszło wymiarowi sprawiedliwości. Kto inny rozdawał już karty w Polsce i na świecie. Wielka „wędrówka ludów”, potem zapadnięcie „żelaznej kurtyny”, zmieniły wszystko. Zresztą w Polsce centralnej czy zachodniej nikt nie miał pojęcia o tym, jaki dramat rozegrał się na kresach, a tam właśnie mieliśmy do czynienia z najbardziej drastycznymi przykładami kolaboracji, działań zbrodniczych w stosunku do Polaków ze strony mniejszości narodowych, i to pod obydwiema okupacjami. Gdy mówimy o ciszy, jaka na dziesiątki lat zapadła wokół zbrodni ukraińskich, warto podkreślić, że dokonano jej na polskich mieszkańcach wsi, wielodzietnych rodzinach, słabo wykształconych, bez koneksji, które ginęły niemal w milczeniu, niezorganizowane, bezradne, przerażone... Po wojnie, wypędzeni z kresów Polacy, przez całe lata mieli poważniejsze problemy, niż beznadziejna walka o prawdę i swoje krzywdy: zapewnienie sobie środków do życia w nowym miejscu, uwolnienie się od koszmarnych wspomnień...

R.Z.: Proszę scharakteryzować etapy martyrologii ludności polskiej na Kresach. Czy poszczególne akcje ukraińskich nacjonalistów przeciw obywatelom polskim były przez nich koordynowane czy też były to raczej samorzutne działania fanatyków?

L.K.: W nowej konfiguracji świata Zachód, a i część naszej emigracji z kręgów paryskiej „Kultury”, zaczęła nie tylko kontaktować się, ale nawet użyczać swych łamów moralnym, a i fizycznym sprawcom mordów wołyńskich czy małopolskich. Było to działanie czytelne, jeśli przyjmiemy punkt widzenia: wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem, ale doprowadziło w konsekwencji do kolejnego grzechu: zaniechania. Na „Kulturze” wychowało się całe pokolenie „Solidarności”. Jej działacze nie brali pod uwagę, że ci, których tam „hołubiono”, to po prostu skrajni nacjonaliści – z Doncowem na czele, i że takie działanie i nieupomnienie się o pomordowanych, utoruje im i ich następcom drogę do władzy. Nie przypuszczali też (miejmy nadzieję), że za ich przyczyną Kłym Sawur (Kłaczkiwśkij – kat Wołynia) czy Bandera odpowiedzialni za całość działań antypolskich OUN-UPA, trafią na pomniki. Pozostawia to dziś Ukraińców w przekonaniu (w odniesieniu do dokonanej na Polakach zbrodni), że – „tak było trzeba” ...

Konsekwencje dla kształtowania świadomości kolejnych pokoleń, co do prawdziwych faktów, są poważne. Stan wiedzy młodego pokolenia polskiego, na temat zbrodni dokonanych przez UON-UPA, do niedawna był żaden. Większość Polaków nie wie nawet, że nasze porachunki z mordercami wywodzącymi się z dawnych terenów Polski, naszymi przedwojennymi obywatelami, nie dotyczą w żaden sposób Ukraińców zza Zbrucza – Kijowian, którzy nie mieli z tymi mordami nic wspólnego, a często udzielali schronienia i pomocy polskim uciekinierom z wyrzynanego Wołynia i sąsiednich powiatów Małopolski.

R.Z.: Ludzie mogli zapomnieć, ale badacze przecież wiedzieli...?

L.K.: Analizując stosunki polsko-ukraińskie po II wojnie światowej, warto odwołać się do licznych prac prof. Mariana Malikowskiego, szczególnie do tekstu: „Strategie i taktyki stosowane w kontaktach polsko-ukraińskich w zakresie ujmowania historii wzajemnych stosunków”. Autor dowodzi, że w dziedzinie badań naukowych nad stosunkami polsko-ukraińskimi, przez całe lata istniała duża nierównowaga. Piszących na te tematy Ukraińców, zamieszkałych na emigracji w krajach zachodnich, w Polsce i na Ukrainie, było kilkakrotnie więcej niż Polaków. Istniała wprawdzie obfita polska literatura wspomnieniowa – autorstwa świadków wydarzeń, jednak jako subiektywna, była i jest uznawana za niewiarygodną i odrzucana. W o wiele lepszej sytuacji byli przez dziesiątki lat politycy i żołnierze, członkowie OUN i UPA – żyjący na emigracji. Dlatego to oni narzucili swój punkt widzenia i polskim badaczom. Prawdy nie znali też najczęściej, stanowiący gros fali emigracyjnej ludzie, uratowani z armią Andersa – oni opuścili Kresy zanim doszło do zbrodni ludobójstwa. Nad ofiarami zapadła więc na dziesiątki lat kurtyna milczenia. Zbrodniarzy z SS Galizien ocaliło polskie obywatelstwo i niezrozumiałe do dziś wstawiennictwo samego gen. Andersa. Tymczasem na kongresach ukraińskich (marzec 1997) padały słowa o tym, że „III RP jest okupantem ziem ukraińskich”! Potwierdzają to czołowi działacze ZUwP. Publikuje się mapy Polski, na których „Zakierzonia” występuje jako obszar „pod czasową polską okupacją”. Mało tego, w kraju, który doznał tak straszliwych krzywd z ręki OUN-UPA, odbywają się oficjalnie rajdy „szlakami walk UPA” .

Prawda historyczna w Polsce przegrywa również, w wyniku nędzy naszej nauki, w tym nauk historycznych i socjologicznych. Pieniądze oferowane przez szereg fundacji nie są dawane bezinteresownie. Kupuje się za nie tematy „na zamówienie” i nie są to najczęściej te dla Polski najważniejsze. Jest to przykre, ale rękami wielu naszych młodych badaczy realizuje się projekty Polsce wrogie i niebezpieczne, a co gorsza, jednostronne. Nie brakuje też pieniędzy na projekty dotyczące euroregionów, krzewienia kultur mniejszości, kiedy wiedza o kulturze polskiej ginie i deprecjonuje się. Trzeba bić na alarm, naród ginie gdy zginie jego duma i honor, a młodzież zostanie przekonana, że swej historii powinna się wstydzić... To straszne, że trzeba bronić Polaków przed nimi samymi– a raczej przed ich ułomną, wykoślawioną manipulacjami płynącymi z różnych stron, wiedzą o przeszłości.

R.Z.: Jakie były główne kierunki i metody akcji eksterminacyjnej? Eskalacja mordów na Polakach przypada na rok 1943. W świetle Pani badań można jednak stwierdzić, że działalność ukraińskich nacjonalistów spotykała się z przychylnym przyjęciem ze strony obu okupantów, sowieckiego i niemieckiego...

L.K.: Do pierwszych wojennych zbrodni nacjonalistów ukraińskich doszło u schyłku kampanii wrześniowej 1939 roku. Dotyczyły one wybranych grup osób cywilnych oraz pojedynczych żołnierzy lub niewielkich oddziałów Wojska Polskiego. Szczególnie drastyczne rozmiary akcja ta przybrała na Brzeżańszczyźnie i w Stanisławowskiem. Dochodziło do rabunków mienia państwowego i prywatnego, mordowania i palenia bezbronnej ludności polskiej. Dokumenty polskiego podziemia zawierają liczne opisy tych zdarzeń. Rozkazy mordowania Polaków wydawane były przez przywódców OUN i OUW. Zorganizowano sądy doraźne, wydające natychmiast wykonywane wyroki śmierci. Oczywiście Rosjanie, przynajmniej w początkowej fazie, zachowaniom takim przyklaskiwali, a ich dowódcy wręcz podjudzali. Skrzętnie posługiwali się też nacjonalistami przy typowaniu Polaków do masowych wywózek w głąb Rosji. Podobnie karygodne było zachowanie legionów ukraińskich, wkraczających u boku armii niemieckiej, od strony Słowacji. Zbrodnie słynnego legionu Suszki dokonane na jeńcach polskich okazały się jedynie przygrywką do późniejszych wyczynów batalionów Nachtigall i Roland. Na wyjaśnienie czeka uczestnictwo batalionu Nachtigall w mordzie na profesorach lwowskich, dokonanym po wkroczeniu Niemców do Lwowa. Jego współudział można też wykazać przy mordach inteligencji Stanisławowa. Do zbrodni masowego ludobójstwa na Polakach doszło jednak później. W roku 1942 Niemcy, przy pomocy policji ukraińskiej, unicestwili kresowych Żydów. My byliśmy następni... Inspirację dla polskiego holokaustu znajdziemy, analizując dokumenty niemieckie i prośby ze strony UCK (Ukraiński Centralny Komitet, mający swoją siedzibę w Krakowie, z nieformalnym przywódcą Kubijowiczem) do gubernatora Franka, o wysiedlenie Polaków z całych kresów. To sugeruje, że inspiracja do późniejszych zbrodni i wypędzeń szła właśnie z kręgów galicyjskiej inteligencji ukraińskiej, związanej ideologicznie z OUN i UWO. Potworne mordy na Polakach rozpoczęły się wiosną 1943 roku na Wołyniu, potem przeniosły się na Polesie, do Małopolski wschodniej. Zabijanie naszych rodaków trwało, z różnym nasileniem, aż do zakończenia operacji „Wisła”, czyli do roku 1947. Ale mordy zdarzały się jeszcze w latach 50. i 60. Jakkolwiek obydwu naszym okupantom było na rękę pozbycie się Polaków z tych żyznych i wspaniałych terenów, to jednak w roku 1943, gdy zbliżał się front, Niemcom zależało głównie na spokoju na przedpolu walk. Dlatego, w pierwszej fazie, zdarzało im się udzielać Polakom pomocy... i wywozić ich na roboty. Tu trzeba im oddać sprawiedliwość, że za pośrednictwem Polskiego Komitetu Opiekuńczego udzielali pomocy poszkodowanym, choć daleko niewystarczającej. Wszystko się zmieniło, gdy Polacy odmówili wejścia w skład oddziałów formowanych do walki z Rosjanami. Wówczas Niemcy zostawili banderowcom wolną rękę, ba, nawet dostarczali im broni, używanej potem do wyniszczania polskich wiosek. Wiele akcji niemieckich przeciw Polakom było też wynikiem denucjacji ukraińskich o przechowywaniu sowieckich partyzantów albo Żydów. Nacjonaliści posługując się tą bronią, doprowadzili do dziesiątek pacyfikacji niemieckich. Podobnie niejednoznacznie wygląda zachowanie Rosjan. Dzięki ich odsieczom albo pomocy w dostarczeniu broni, ocalało wiele polskich samoobron, choć niewątpliwie część dowódców ukraińskich bojówek miała niejasne powiązania z NKWD. Polacy znaleźli się w matni – między trzema wrogami.

Dokumenty, którymi dysponuję, jednoznacznie dowodzą, że w latach 1943 – 1944 (największe nasilenie mordów), nie było mowy o jakichkolwiek akcjach spontanicznych ani samorzutnych. To OUN Bandery wydała rozkaz zabijania wszystkich, a więc także starców, kobiet i dzieci. Zresztą masowych mordów na Polakach dopuszczały się też oddziały Andreja Melnyka i Tarasa Bulby-Borowecia. Nie mieliśmy do czynienia, jak sugerują niektórzy badacze, z „utratą kontroli” przez OUN-UPA nad wydarzeniami – jest to nieprawda. Organizacja Bandery posiadała własne służby wewnętrzne do likwidowania niesubordynowanych (budzącą postrach Służbę Bezpeky), oddziały utrzymywano w karności terrorem, bez przygotowania sił i konkretnych rozkazów – do eksterminacji na taką skalę dojść by po prostu nie mogło. Wiktor Poliszczuk zwraca uwagę, że jeżeliby OUN Bandery chciała wykorzystać konflikt niemiecko-rosyjski do zbudowania państwa ukraińskiego, to w roku 1944, gdy przegrana Niemiec była już tylko kwestią czasu, a nadzieja na choćby namiastkę samodzielności państwowej upadła, masowe mordowanie ludności polskiej traciło jakikolwiek sens usprawiedliwiony politycznie. Nasilenie więc tej akcji w przededniu wkroczenia Armii Czerwonej ujawnia, o co naprawdę chodziło OUN-UPA. Celem nie było zbudowanie państwa – to już nie było możliwe – a jedynie fizyczne unicestwienie Polaków. Ta akcja ludobójcza, wyczerpująca wszystkie znamiona zbrodni nieprzedawnialnej, podjętej z najniższych pobudek, w oparciu o zbrodniczą ideologię faszystowską, była więc klasyczną czystką etniczną.

R.Z.: Zalicza Pani gehennę Wołynia i Małopolski wschodniej do najboleśniejszych zjawisk w naszej narodowej historii. Nie obarcza Pani jednak za nią winą ludności Ukrainy, ale faszystowskich ekstremistów. Analizując efekty tych badań da się wyczuć pewną nutkę goryczy, żal do władz Polskiego Państwa Podziemnego, które, według Pani, bagatelizowały problem...

L.K.: Tak, zbrodnię ludobójstwa dokonaną przez nacjonalistów ukraińskich na kresach uważam za jedno z najstraszniejszych nieszczęść w naszych dziejach. Nie oznacza to, że zbrodnie niemieckie czy sowieckie w czasie II wojny światowej były mniejsze. Chodzi o to, że w najokrutniejszy z możliwych sposobów mordowano starców, niemowlęta, dzieci, kobiety i mężczyzn za to tylko, że byli naszej krwi. Współmałżonkom z mieszanych rodzin nakazywano zabijanie swoich dzieci, żon i mężów. Takiego barbarzyństwa, w takiej skali, w stosunku do Polaków, w naszych najnowszych dziejach nie było. Jeśli dyskutujemy o zjawisku szybkiego skomunizowania społeczeństwa polskiego po wojnie, o moralnym upadku, zagubieniu, nie zapominajmy: 1/3 naszego społeczeństwa doznała traumy zsyłek, potem mordów na swoich krewnych, a w końcu wypędzenia ze swych rodzinnych kresowych stron. Mało tego, przez 60 lat ofiary musiały milczeć. Niektórzy boją się do dziś...

R.Z.: Sprawcy...?

L.K.: Co do sprawców, musimy wrócić do pytania: kogo ścigać, wykonawców – w większości wezwanych do akcji miejscowych chłopów, pod kierownictwem przybywających banderowskich oddziałów, czy tych, którzy ich indoktrynowali, wydali rozkazy i wysłali do mordowania? Moim zdaniem, winni są przede wszystkim ci, którzy wydawali rozkazy i popchnęli młodocianą „czerń” do zbrodni (w ten właśnie sposób, „popchnęliśmy na nich czerń”, wyraził się w jednym ze znanych mi dokumentów okupacyjnych jeden z „krakowskich”, ukraińskich inteligentów). Jest prawdą, że niemal całe ukraińskie społeczeństwo z tej strony Zbrucza ulegało ideologii OUN. Przy czym starsza jego część nie pochwalała stosowanych metod i nieraz ratowała z narażeniem życia Polaków. Jednak banderowcy wymuszali posłuszeństwo i dyscyplinę terrorem... Skala ukraińskich ofiar UPA wskazuje, że nie wszyscy myśleli tak, jak chcieli oprawcy, że wielu miało wątpliwości i bez rozkazu nie dokonałoby tych zbrodni. Dziś, na podstawie relacji i dokumentów, można zestawić czarną księgę morderców – jest ona długa. Większość na pewno nie żyje. Wielu skazali Rosjanie. Nielicznych wyłapali i represjonowali Polacy (dziś, bez żenady, domagają się uprawnień kombatanckich), ale wiemy, że w mordach uczestniczyli też ludzie bardzo młodzi – nawet 9-letnie dzieci dobijały rannych. Ci ludzie, podobnie jak kombatanci z SS Galizien, żyją nie niepokojeni, czasem na „polskich papierach” zrabowanych ofiarom. Warto tu przypomnieć, że wzorem niemieckich faszystów, młodzież banderowska przed wstąpieniem do organizacji przechodziła chrzest – wtajemniczenie, poprzez osobiste zabicie przez nieletniego ofiary (w dokumentach brzmi to następująco: „wybierz sobie lacha, lub lacku detynu”...).

Problem zachowania się władz Polskiego Państwa Podziemnego jest złożony. Sytuacja przerosła wszystkich. Niewątpliwym błędem było zwlekanie z ujawnieniem przed społeczeństwem rozmiarów zbrodni, nieudolne próby porozumienia się ze sprawcami, brak decyzji o uzbrojeniu ofiar napadów. „Ukoronowaniem” takiej niezdecydowanej polityki i braku przeciwdziałania był wyjątkowo okrutny mord na wysłanych przez AK na Wołyń emisariuszach. Kolejnym błędem, wytkniętym nawet władzom PPP, przez nielicznych nie życzących źle Polakom, Niemców, było ostentacyjne manifestowanie w podziemnych publikacjach poparcia dla Rosjan i jednoznaczna antyniemieckość, co w tym wypadku było równoznaczne z wyrokiem śmierci dla tysięcy polskich Małopolan. Samoobronom polskim zabrano broń i dano ją banderowcom, którzy walczyli z Rosjanami, zaniechano udzielania pomocy czy ochrony napadanym wsiom itp.

R.Z.: Jakie w takim razie popełniono Pani zdaniem błędy we wzajemnych relacjach na przestrzeni dziejów? Prof. Bohdan Osadczuk twierdzi, że ukraińska świadomość narodowa kształtowała się w ustawicznej walce z Polakami. Taras Szewczenko uważa, że tożsamość polska i ukraińska wzajemnie się wykluczają. Na stosunki polsko-ukraińskie wpłynęły również problemy wyznaniowe oraz rozbieżne dążenia polityczne w okresie międzywojennym. Czy można z tych przykrych doświadczeń wyciągnąć wnioski na przyszłość?

L.K.: O jakich tu błędach mówić? Czy złożone z wielu nacji państwo musi jako warunek swej egzystencji mieć siłę i przejawiać stanowczość oraz bezwzględność? Czy wszystkie takie eksperymenty kończą się źle, gdy siła ta słabnie, a kraj popada w kłopoty? Nie ma w dziejach reguły. Bywają okresy konsolidacji i okresy rozpadu. Dążenie do niepodległości – zgoda – to naturalny proces, ale nie o to tutaj chodzi. Tu doszło do zbrodniczej czystki etnicznej przy wykorzystaniu wrogów – najeźdźców Polski. To barbarzyństwo, które musi być napiętnowane po wsze czasy. Zresztą wystarczy rzetelnie przeanalizować przeszłość – choćby okres międzywojenny. Terroryzm OUN-UWO, szczególnie w latach 30., to nie była mrzonka: zamachy, sabotaże, podkładanie granatów w „mogiłach Polski”, podpalenia, zabijanie policjantów zza węgła, napady na sklepy, banki, niszczenie godeł... To rzeczywistość kresowa. Co miały robić polskie władze? Przecież tam żyły też setki tysięcy Polaków i to od pokoleń. Kazać im się wynosić? Co z tysiącami rodzin mieszanych, dziesiątkami tysięcy tych, którym życie w naszym państwie mimo, że byli Rusinami, Ukraińcami, nie było obrzydliwym, a których nacjonaliści zastraszali i zabijali? I do tego większość pretensji dotyczy jedynie dwudziestu lat, kiedy to po 150 latach niewoli usiłowaliśmy w bólach odbudowywać nasze państwo. Coś tu jest nie tak... Pamięć Ukraińców jest krótka, bo przedwojenna współpraca z naszymi wrogami: hitlerowskimi Niemcami i Sowietami, to nie wymysły – to konkretne, szkodzące Polsce działania terrorystyczne, szpiegowskie, organizowane za pieniądze złych sąsiadów. Przeciwdziałanie im, i tak o wiele za słabe, to wykrzykiwane „krzywdy ukraińskie”. Obciążanie Polaków za zacofanie mas ukraińskich, to też twierdzenie na kilometr pachnące „walką klas”. Wszyscy mają być równi – a może po prostu mieć te same prawa obywatelskie? Państwo polskie, mimo swych administracyjnych ułomności, dawało równość wobec prawa. Za mało szkół ukraińskich? A może wreszcie pogodzić się z myślą, że to była Polska - i nauczyć polskiego musiała, by społecznie nie upośledzać tej młodzieży? Zresztą reformy Józewskiego na Wołyniu były bardzo daleko idące – a tam, jak na ironię, doszło do rzeczy najstraszniejszych. Przypomnijmy sobie miliony ofiar głodu na Ukrainie sowieckiej w latach 30.: oto przykład, czym jest prawdziwe zgnębienie mniejszości w swoim państwie. Wydaje się, że kompleksy naszego sąsiada powodują ową niekończącą się listę oskarżeń. Ale to tak, jakby Polacy mieli za złe Niemcom, że nasze miasta lokowane były na prawie magdeburskim, albo, że nasze elity nie posługiwały się przez wieki polskim lecz łaciną, a potem językiem francuskim. Niestety postęp cywilizacyjny na naszym kontynencie od wielu już wieków ma swoje niezmienne kierunki. Można zaryzykować twierdzenie, że gdyby nie rozbiory i upadek naszego państwa, duża część naszych kresów byłaby równie silnie zintegrowana z resztą państwa, jak pozostałe dzielnice. Poszukującym kulturowego dziedzictwa tych ziem zalecam wycieczkę na kresy. Wiele zniszczono, ale to co ocalało, mówi wszystko o kulturze materialnej. Co do ustawicznej walki z polskością, warto zapytać: dlaczego przez wieki nic innego, poza z gruntu anarchicznym etosem kozactwa nie miano Polsce do zaoferowania.

Jeżeli zaś przywołuje Pan Bohdana Osadczuka, to odmawiam mu moralnego prawa do wypowiadania się na polskie tematy. Jako stypendyście Abwehry w Berlinie w czasie okupacji. Jako współpracownikowi Andrija Melnika – szpiega hitlerowskiego, twórcy ukraińskich kolaboracyjnych legionów. Odznaczenie go Orderem Orła Białego jest widomym znakiem przewagi doraźnej polityki nad historią, a dla mnie osobiście ponurym żartem. Uproszczenia, jakie serwują nam niektórzy historycy polscy – najczęściej zresztą o ukraińskich korzeniach – w odniesieniu do historii stosunków polsko-ukraińskich, wywołują u mnie oburzenie. Najsmutniejsze, że nikt nie sięga po wiedzę naszych dziadów, aby bronić ojczyzny w tym upokarzającym sporze kata z ofiarą.

R.Z.: Czy nie uważa Pani, że w dobie unifikacji Europy zbliżenie polsko-ukraińskie mogłoby wyjść obu narodom na dobre? Mam tu na myśli nie tylko potrzebę przenikania się dwóch wspaniałych kultur, ale również zintensyfikowanie współpracy na płaszczyźnie ekonomicznej i politycznej?

L.K.: Niewątpliwie tak, ale uważam, że Polacy nie powinni aż tak angażować się w budowanie Ukraińcom Ukrainy. To ich problem, a nasze przyjacielskie gesty i posunięcia, jak dotychczas, przynoszą efekty wprost przeciwne do zamierzonych. Pewnie, że porachunki mamy z galicyjskimi Ukraińcami, ale ich nacjonalistyczny punkt widzenia stał się już obowiązujący i w Kijowie. Lata 90. zostały zmarnowane dla budowy przyjaźni opartej na prawdzie historycznej. Po doświadczeniach przeszłości, licznych przykładach nielojalności, pewna powściągliwość jest nieodzowna. Nienawidzą nas – Bóg z nimi. Mordując nas na kresach, dali najszczerszy dowód swych uczuć wobec Polaków – mordowano nawet dzieci mieszanej krwi – by nawet kropla nie została. Wydaje się, że puszczając z dymem polski dorobek cywilizacyjny tylu wieków, hamując na dziesiątki lat wszelki postęp, dokonali wyboru sami - niepotrzebni byli do tego nawet Rosjanie. Nie możemy tego nie zauważać. Zmienić podejście do swych dziejów powinni sami Ukraińcy. Powinni przyznać się do zbrodni, nazwać, rozliczyć i potępić publicznie morderców, a nie robić z nich bohaterów. Inaczej cała wiarygodność takiego partnera jest równa zeru i o normalnych sąsiedzkich stosunkach nie ma co marzyć. Kultura to nie tylko, jak chcą niektórzy, haftowane bluzeczki i skoczne kołomyjki. To dotrzymywanie umów, rezygnacja z fałszowania przeszłości, honor, przyzwoitość... To Ukraina chce poprzez Polskę uwiarygodnić się w Europie, a nie odwrotnie. Czy składanie kwiatów na rozbitych płytach cmentarnych we Lwowie dodało nam godności i powagi w oczach Ukraińców? Na pewno nie. Milczenie nad budowanym pomnikiem Bandery we Lwowie – skazanym przez polski sąd na karę śmierci za mord na polskim ministrze, nie wspominając już o przewodzeniu UPA – to tak, jakby milczano, gdyby w Niemczech wznoszono pomniki Hitlerowi. A w Łucku? Pomnik Sawura – kata Wołynia już stoi – a Polska milczy. Za to w Krakowie mieszkający tu Ukraińcy (z panem Mokrym na czele) i ich sympatycy z UW w radzie miasta, uniemożliwiają umieszczenie na pomniku powstającym na Cmentarzu Rakowickim za prywatne pieniądze, zapisu, o dokonanym na kresach ludobójstwie – „aby nie psuć jakże wspaniałych stosunków”. I to jest właśnie prawdziwy wstyd, ciężki wstyd.
Kto zapomina historię powtarza ją ...

Rozmawiał: Rafał Zgorzelski


Lucyna Kulińska, doktor historii i politolog, autorka książki „Dzieje Komitetu Ziem Wschodnich na tle losów ludności polskich Kresów w latach 1943 – 1947”, t. 1 i 2, Kraków 2002, 2003. Ponadto wraz z Adamem Rolińskim wydała pracę: „Antypolska akcja nacjonalistów ukraińskich w Małopolsce wschodniej w świetle dokumentów Rady Głównej Opiekuńczej 1943 – 1944”; w przygotowaniu są kolejne tomy poświęcone zbrodniom popełnionym na Polakach – mieszkańcach województw południowo-wschodnich, w latach 1942 – 1944. Opracowała także relacje dziecięcych świadków zbrodni i wydała je w tomiku: Dzieci Kresów. Jest autorką wielu artykułów naukowych i prasowych. Poprzednio zajmowała się zagadnieniem unicestwienia w powojennej Polsce obozu narodowego. Poświęciła temu tematowi kilka prac m.in. „Narodowcy. Dzieje obozu narodowego w Polsce w latach 1944-47”, PWN, 1999 (rozszerzona o dodatkowe źródła praca doktorska); „Narodowcy. Myśl polityczna i społeczna obozu narodowego w Polsce” PWN, 2001, pod jej redakcją, wraz z dwoma współautorami; „Związek Akademicki ‘Młodzież Wszechpolska’ i ‘Młodzież Wielkiej Polski’ w latach 1922 – 47”, wyd. Abrys, Kraków 2000. Jako politolog bada zagadnienia związane ze stosunkami międzynarodowymi i przyszłością globalizującego się świata. W sferze jej zainteresowań są przede wszystkim zagrożenia wynikające z procesów transformacji i modernizacji.


Prawda o pogromie Żydów w Ejszyszkach

Rafał Zgorzelski

W sierpniu 1996 roku prof. Yaffa Eliach opublikowała w „New York Times” tekst poświęcony wydarzeniom w Ejszyszkach na Wileńszczyźnie, w którym obarczyła winą Armię Krajową za zorganizowanie mordu na zamieszkującej je trzy i pół tysięcznej społeczności żydowskiej. Dwa lata później ukazała się książka Eliach „There Once Was A World” („Był sobie świat”), w której rozwinęła tezę o antyżydowskim nastawieniu Armii Krajowej i jej współdziałaniu z Niemcami w eksterminacji ludności żydowskiej podczas II wojny światowej. Wydawałoby się, iż tego typu twierdzenie – przecież nie byle jakiej kategorii oskarżenie – zasługuje na głęboką analizę oraz źródłowe uzasadnienie potencjalnych przewin AK; że postawienie takiej tezy wzbudzi szerokie zainteresowanie chociażby polskich historyków i zachęci ich do badań, które doprowadzą do ustalenia wszelkich szczegółów zbrodni. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Książka Eliach spotkała się z pozytywnym przyjęciem w prasie amerykańskiej, a poglądy głoszone przez Autorkę utwierdziły zachodnią opinię publiczną w przekonaniu, że w trakcie II wojny światowej nadrzędnym celem Armii Krajowej/Polaków – sojuszników Hitlera – była eksterminacja Żydów. Coś równie absurdalnego i obrzydliwego w swej wymowie zdawałoby się nieprawdopodobne...

W nauce nie wolno z góry zakładać lub odrzucać określonych hipotez. Tu droga do Prawdy wiedzie poprzez badanie i krytyczną weryfikację dostępnych źródeł, od piśmiennych do rekwizytów włącznie. Czy Armia Krajowa zorganizowała pogrom w Ejszyszkach? Na tak postawione pytanie stara się udzielić odpowiedzi Marek J. Chodakiewicz w zredagowanej przez siebie książce, poświęconej przebiegowi zajść w Ejszyszkach. Za tę pracę Autor otrzymał w 2003 roku Nagrodę Literacką im. Józefa Mackiewicza. Książka składa się w zasadzie z trzech części, poprzedzonych obszernym wstępem Marka J. Chodakiewicza, zawierających wspomnienia świadków żydowskiego i polskiego pochodzenia oraz dokumenty z archiwów NKWD i KGB. W tomie drugim zamieszczono także artykuł Eliach – „Pogrom w Ejszyszkach”, udostępniony Redakcji przez „New York Times” oraz teksty nielicznych naukowców i publicystów, którzy w myśl słów Zbigniewa Herberta – „A przecież podstawowym obowiązkiem intelektualisty jest myśleć i mówić prawdę. Za to społeczeństwo im płaci” – zdecydowali się zabrać głos w sprawie zajść w Ejszyszkach. Niestety, w części tej brakuje wystąpienia Adama Michnika, który opowiedział się jednoznacznie i – jak nietrudno wywnioskować – zbyt pochopnie, po stronie tez głoszonych przez Yaffę Eliach. Michnik nie zgodził się na publikację swego artykułu, czy chociażby zamieszczenie komentarza do materiału Yaffy Eliach. Tekst Eliach, w konfrontacji z efektami badań Chodakiewicza i materiałem źródłowym opublikowanym w książce, wypada niezwykle blado, a rozważania Michnika – ponoć najwybitniejszego redaktora w III RP (!) - zamieszczone w „Gazecie Wyborczej”, wykazują brak elementarnej wiedzy na temat wydarzeń, których sprokurowanie redaktor naczelny dziennika tak usilnie stara się przypisać AK.

Książka prof. Eliach została w USA przyjęta wręcz entuzjastycznie. Szeroko rozpisywały się na jej temat zarówno najpoczytniejsze gazety amerykańskie, jak i chętnie publikowano recenzje poświęcone tej pracy. Z podobnym zainteresowaniem spotkała się w Polsce praca Jana T. Grossa „Sąsiedzi”, reklamowana przede wszystkim przez Michnika, który specjalizuje się w tropieniu przejawów polskiego „antysemityzmu”. W tej sytuacji należałoby się spodziewać, że również „Ejszyszki” będą szeroko dyskutowane w mediach i rozchwytywane przez przeciętnego intelektualistę (tu warunkiem sine qua non byłaby uprzednia promocja tej pracy w tychże mediach), a także analizowane w „Gazecie Wyborczej”. Z niezrozumiałych (?) powodów, ta przecież dobrze zredagowana i zawierająca dużą ilość materiałów źródłowych książka, została pominięta milczeniem. A przecież Autor nie „wybiela” w swej pracy historii, jedynie bez uprzedzeń i emocji, prezentuje i przybliża wiedzę na temat zajść w Ejszyszkach. Nie pisze np. o złych i dobrych Polakach czy Żydach, ale o złych i dobrych ludziach, a także o tym, do jakich okrucieństw jest w stanie posunąć się człowiek.

Książka Chodakiewicza jest rzetelnie wydaną pracą, tak pod względem merytorycznym, jak technicznym. Jej wartość polega przede wszystkim na „bezszelestnej” publikacji istotnych dla ustalenia faktów źródeł. W ten sposób Autor daje Czytelnikowi możliwość własnej oceny materiału i wyciągnięcia wniosków z jego lektury, nie narzuca mu swojego punktu widzenia. „Ejszyszki” to również przyczynek do historii Wileńszczyzny w okresie II wojny światowej oraz działalności polskiej, żydowskiej, radzieckiej, „ludowej” konspiracji zbrojnej. Największe wrażenie wywierają wspomnienia świadków bestialskiego mordu na ejszyskich Żydach, dokonanego przez litewskich kolaborantów Hitlera z oddziałów specjalnych „Ypatingas Burys”, który Yaffa Eliach (z domu Sonenson) przypisuje Polakom oraz równie okrutna zbrodnia Mosze Sonensona (ojca Yaffy i kolaboranta NKWD), na bezbronnych niemieckich jeńcach (szczególnie scena obmywania twarzy krwią zabitych przez niego Niemców w akcie zemsty). Poruszający i wiele wyjaśniający jest opis śmierci matki i braciszka Eliach podczas ataku AK na kwaterę oficera NKWD, mieszczącą się w domu Państwa Sonenson i przedstawienie jej jako zamierzonego efektu działań Armii Krajowej. Książka bezlitośnie obnaża liczne przekłamania, zawarte w materiale Eliach. Szkoda tylko, że praca ta wyhamowała pęd redaktora najpoczytniejszego w Polsce dziennika do „odkrywania Prawdy” o wydarzeniach w Ejszyszkach. Czyżby zabrakło mu determinacji? A może argumentów? A może, jak słusznie stwierdziła Yaffa Eliach: „prawda nie ma nigdy wielu przyjaciół, szczególnie zaś przyjaciół brak prawdom nieprzyjemnym”.


Ars longa

Fascynująca historia teatru polskiego

Daniel Gerould

Teatr związany jest z kulturą swego czasu i miejsca silniej niż poezja, malarstwo czy muzyka. Przede wszystkim bowiem, teatr jest widowiskiem rozgrywającym się wobec żywych widzów, które przepada bezpowrotnie; jest sztuką najbardziej ulotną i najtrudniej uchwytną w słowach. Płyną stąd specyficzne trudności w opowiadaniu historii teatru, łącznie z historią teatru swego własnego kraju. Co więcej, teatr tego właśnie kraju, jest nam nieznany, zbudowany w oparciu o swoje własne, oryginalne tradycje, zanurzony w odmienne od naszych obyczaje i style życia. Czyni to zadanie opisania tego teatru jeszcze trudniejszym, zwłaszcza że ów kraj, który wydał ten teatr, ma dziwną i połamaną historię, trudną do pojęcia dla obcokrajowca.
Mówię o tym od razu na wstępie, aby podkreślić, a nie usprawiedliwić, fakt, że jak dotąd, nikt jeszcze nie podjął zadania napisania historii teatru polskiego dla angielskojęzycznego czytelnika. Problematyka teatru polskiego jest niezwykle interesująca, bowiem teatr w Polsce odgrywał niezwykle ważną rolę w całej historii tego kraju. Jednakże tylko bardzo niewielu ludzi Zachodu zna tę problematykę, tak odległą od ich własnego doświadczenia. W świecie anglo-amerykańskim jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia o teatrze tylko jako o rozrywce, a co najwyżej o formie sztuki, która dostarcza przyjemności estetycznych, a niekiedy i strawy duchowej.

A teraz wyobraźmy sobie teatr, który, odmiennie niż w Ameryce, uważany jest za skarbnicę wartości moralnych i stróża narodowej tożsamości. Wyobraźmy sobie także kraj, gdzie dramatopisarze, aktorzy, reżyserzy i scenografowie uznawani są za proroków i mędrców, od których oczekuje się służby narodowi, a nawet ofiary. Takim krajem jest Polska, gdzie krew pulsująca w życiodajnych arteriach teatru współczesnego tryska wprost z patriotycznego romantyzmu. Nie da się tego porównać z niczym w tradycji anglo-amerykańskiej.

Ktokolwiek próbowałby przekazać tę niezwykłą historię angielskojęzycznym czytelnikom musiałby mieć do tego wielorakie przygotowanie. Aby zdobyć i utrzymać zainteresowanie czytelnika, taki autor musiałby koniecznie posiadać doskonałą i bezpośrednią znajomość swego tematu, a zarazem mieć głębokie zrozumienie potrzeb i nawyków czytelnika, dla którego pisze.

Kazimierz Braun posiada wyjątkowe kwalifikacje do wykonania tego zadania. Jako reżyser, dyrektor teatru, artysta teatru, autor, uczony i wykładowca był bez reszty zaangażowany w polskie życie teatralne w ciągu całej swej kariery: w Polsce, w Stanach Zjednoczonych, w Europie. Jak ambasador polskiej kultury – łaczył Wschód z Zachodem. Gdziekolwiek się znalazł tworzył polski teatr, studiował go, nauczał, i pisał o nim. Tylko całkowite poświęcenie się teatrowi i namiętna miłość do teatru we wszystkich jego wymiarach może prowadzić do tak całkowitej i głębokiej znajomości przedmiotu.

Pasja naukowa, umiejętność dostrzegania szczegółów oraz odważne uogólnienia czynią „Krótką historię teatru polskiego od XI do XX wieku” lekturą niezwykle żywą. Historia, którą Braun spisał, jest skondensowana, ale zarazem wyczerpująca; obejmuje doskonale wyważony zestaw zagadnień, a w tym historię budownictwa teatralnego, historię życia teatralnego w poszczególnych miastach, oraz nie tylko biografie artystów, ale i portrety widzów – kim byli, gdzie zasiadali w salach teatralnych, jak reagowali na widowiska. Wszystko, co związane jest z aktorem, pobudza intelektualną ciekawość Brauna i jego pisarską wyobraźnię: zarobki, kostiumy, obyczaje, moralność, objazdy, protesty i bojkoty, a także ich szkolenie i programy nauczania w szkołach teatralnych.

Nicią przewodnią i zasadniczą tezą Brauna, która łączy wszystkie ogniwa spisanej przez niego historii, jest ujmowanie teatru w Polsce jako narodowej instytucji. Teatr w Polsce był, ze swego powołania, nieustępliwą siłą walczącą o przetrwanie i ocalenie narodu w ciągu trwających wieki walk o wolność i niepodległość. W tej walce polski teatr przybierał najróżniejsze kształty i posługiwał się niezliczoną ilością różnych przestrzeni w budynkach i na otwartym powietrzu, od ogromnych widowisk patriotycznych w plenerze, do pojedynczego aktora recytującego poezję dla grupki słuchaczy w prywatnym mieszkaniu. Teatr podziemny w Polsce – coś zupełnie nieznanego w Ameryce – miał długą historię i wydał ważne dzieła. Był odpowiedzią na prześladowania polityczne i ograniczenia cenzuralne. Przedstawienia w domach i w kościołach są wyraziście opisane w „Krótkiej historii teatru polskiego”.

W tak szerokim kontekście, sam Kazimierz Braun staje się uczestnikiem tej historii, gdy uczestniczy jako dziecko w przedstawieniach podziemnych w swoim domu rodzinnym w czasie II wojny światowej. Przedstawienia te pozwoliły mu po raz pierwszy doświadczyć teatru jako wspólnoty i jako mistycznej ofiary, podporządkowanej wysokim wartościom duchowym. Autor, od tego czasu, jest świadkiem opisywanych wydarzeń, a niebawem stanie się ich ważnym uczestnikiem; sam jest częścią historii, którą pisze.

Opowiada więc historię teatru polskiego po II wojnie światowej, w Polsce rządzonej przez komunistów, oglądając ją z bliska i będąc z nią w żywym kontakcie. Widzi, jak dyrektorzy teatrów, reżyserzy i aktorzy zmagają się z decyzjami moralnymi i zajmują różne postawy wobec reżimu, który usiłuje manipulować artystami przy pomocy i przekupstw, i gróźb, neutralizując przy tym awangardę. Osobiste uczestnictwo nadaje opowieści Brauna prawdę i dramatyzm. Teatr jego czasu był jednym z ważnych pól walki Polaków z systemem totalitarnym. Wszystkie dziedziny życia zostały zainfekowane totalitaryzmem i teatrowi nieustannie groziła degrengolada oraz utrata wiarygodności. W systemie, który dążył do całkowitej kontroli, twórczość awangardowa stawała się opozycyjnym wyzwaniem wobec reżimu.

Kazimierz Braun ma specjalne wyczucie i uwrażliwienie na aktorów i aktorki, darzy ich specjalnym zainteresowaniem. Ma rzadki dar pisania o ich scenicznej obecności i zachowaniach, o ich wokalnych i ruchowych środkach wyrazowych. Spośród twórców teatru polskiego, nade wszystko podziwia Helenę Modrzejewską i Halinę Mikołajską, Juliusza Osterwę, a także Mieczysława Kotlarczyka, bowiem byli oni artystami szlachetnymi i pełnymi poświęcenia dla narodowej sprawy, najintensywniej łączyli sztukę z etyką. I tak na przykład Osterwa (który stał się wzorcem dla Grotowskiego) wystąpił ponad 2000 razy w „Księciu Niezłomnym”, w 200 różnych miejscowościach, dla 400 000 widzów. Braun podziwia tych artystów, którzy ujawniali osobistą odwagę i uczciwość, zajmowali zdecydowane stanowisko polityczne sprzeciwiając się reżimowi komunistycznemu, przyspieszali moralną odnowę społeczeństwa i przemiany historyczne. Braun oddaje również sprawiedliwość ofiarom reżimu i podnosi zasługi tych, których twórczość była przez reżim utrudniana, lub w ogóle uniemożliwiona.

Nie dziwi więc, że pod koniec książki, gdy już komunizm został obalony, autor wyraża zaniepokojenie postawami niektórych młodych twórców, którzy zdają się zapominać o patriotycznych i narodowych obowiązkach teatru; uznaje to za stratę i zubożenie świadomości kulturalnej narodu.

Ale co jest najbardziej uderzające przy końcu tej fascynującej, obejmującej tysiąc lat historii, to uświadomienie sobie przez czytelnika, że teatr tak głęboko związany z losem swego własnego narodu, oddziałał w XX wieku tak szeroko w skali międzynarodowej. Książka Brauna przekonująco wyjaśnia dlaczego teatr polski wydał tak wielu artystów sceny i dramatopisarzy, którzy weszli do grona najważniejszych twórców współczesnego teatru na świecie. Kazimierz Braun znakomicie opowiedział fascynującą historię teatru, który swego czasu mało znany i skupiony na samym sobie, przekształcił się w ciągu ostatniego półwiecza w potężną siłę, zajmującą poczesne miejsce w życiu teatralnym świata.

Tłumaczenie: Andrzej Niezgoda


Daniel Gerould, profesor Literatury Porównawczej i Teatru Graduate School, City University of New York, jest najwybitniejszym amerykańskim znawcą teatru polskiego. Przedrukowany tekst ukazał się jako „Przedmowa” do książki K. Brauna „A Concise History of Polish Theater from the Eleventh to the Twentieth Centuries”, (2003). Tytuł pochodzi od Redakcji.


Koniec historii w księgarniach?

Marek H. Kotlarz

Choć księgarnie pełniejsze są książek, niż komukolwiek wychowanemu w czasach realnego socjalizmu, mogłoby się wymarzyć, paradoksalnie jeszcze trudniej wyłowić spośród nich naprawdę wartościowe pozycje. Nikną wśród poczytniejszych romansów czy książek sensacyjnych lub nawet nie trafiają na księgarskie lady, bo księgarze nie lubią zajmować się tytułami nie znajdującymi zbyt łatwo nabywców. Wydawane w niskich nakładach, nie promowane a często nawet nie recenzowane, przemijają bez echa, znane niewielkiemu gronu bardziej wyrafinowanych czytelników.

Dlatego zdziwiony byłem, gdy znalazłem w prasie wywiad na temat jednej z takich udanych książek. Może jest to zasługą faktu, że jej wydawcą jest zasłużony dla kultury polskiej Społeczny Instytut Wydawniczy Znak. Jednak w księgarniach niełatwo mi było ją znaleźć. „Jak oszukać Rosję?” Andrzeja Romanowskiego znalazłem dopiero w księgarni, której właściciele na książkach nie tylko zarabiają, ale i je kochają.

Jest to zbiór esejów publikowanych przez autora w „Tygodniku Powszechnym”, miesięczniku „Znak”, „Przeglądzie Katolickim”, podziemnej „Arce” i „Gazecie Wyborczej”. Dodajmy, że zbiorem dotykającym istotnych, a zapomnianych wydarzeń czy faktów związanych z ostatnim trzechsetleciem historii Polski. Esejów napisanych z prawdziwym znawstwem tematu, o wartkich w narracji, przywodzących na myśl zapomnianych dziś przez wydawców mistrzów krótkiej prozy historycznej, takich choćby jak Marian Brandys, Stanisław Mackiewicz czy Paweł Jasienica. Autorzy ci rozpalali kiedyś wyobraźnię poszukujących wiedzy o dziejach swych przodków czytelników tak młodszego, jak i starszego pokolenia.

Romanowski, choć, jak informuje notka wydawnicza, z wykształcenia historyk literatury, porusza się w zakamarkach dziejów z wytrawnością prawdziwego odkrywcy, wyszukując nie tylko miejsca i wydarzenia słabo spenetrowane przez innych autorów, ale i w dobrze już poznanych i opisanych potrafi odszukać pomijane lub zaniechane przez innych szczegóły. Nawet bohater pierwszego z prezentowanych esejów, Tadeusz Kościuszko, ukazany jest w niecodziennym świetle. Bo tak naprawdę ile osób wie, że na chrzcie nadano mu imię Andrzej? Że choć zrobiono z niego Polaka, sam zawsze uważał się za Litwina, a pochodził z ruskiej szlachty? Że nasz posągowy bohater lubował się w miłostkach, francuskich ubiorach, studiował malarstwo i rzeźbę? Że kiepski był z niego strateg, ale za to wybitny melancholik, a pod koniec pobytu w twierdzy Pietropawłowskiej cechowała go maniakalna paranoja? Że niedługo potem załamał się nerwowo i złożył przysięgę wierności carowi w zamian za uwolnienie go wraz z żołnierzami z niewoli? Czy ujawnienie tych prawd czyni Kościuszkę mniejszym bohaterem? Nie sądzę, na pewno za to czyni go bardziej człowiekiem, a nawet wyolbrzymia bohaterstwo, gdyż pokazuje, że jak każdy borykać się musiał ze słabościami charakteru, że musiał przezwyciężać trudności i szukać właściwej drogi, by wreszcie wkroczyć nią do panteonu narodowych bohaterów.

Eseje Romanowskiego nie mają jednak na celu obnażania prawdy o polskich wodzach, to przede wszystkim odkrywanie nieznanych i niesłusznie zapomnianych epizodów naszych dziejów. Bo czyż nie należy się wstydzić, że mroki niepamięci okryły pierwsze po rozbiorach powstanie narodowe, nawet jeśli trwało tylko tydzień (26 czerwca - 4 lipca 1797) i objęło niewielki skrawek wschodnich kresów, gdzieś między Dniestrem a Prutem? Przecież to właśnie tam, w dalekich Toporowcach, wydano wyrok śmierci na siedmiu uczestnikach powstania i wykonano go niemal natychmiast, czyniąc z nich pierwszych męczenników polskich dążeń niepodległościowych.

W esejach autora odnajdujemy losy tragiczne, takie choćby jak Waleriana Łukasińskiego, aresztowanego w wieku 36 lat - kolejne 46 spędził w kazamatach. Gdy na polskiej ziemi wybuchały kolejne powstania: listopadowe i styczniowe, nikt już prawie o nim nie pamiętał, a przecież gdzieś tam w szlisselburskiej twierdzy wiódł nadal swe katorżnicze życie. Albo zadziwiające, jak choćby Sokrata Starynkiewicza, rosyjskiego prezydenta Warszawy, który pokochał i miasto i jego mieszkańców, za co ci odwdzięczyli mu się tym samym. Przez 17 lat mądrze zrządzał polską stolicą, choć pod rosyjskim panowaniem, doprowadzając je do rozkwitu, i pozostał w nim, gdy przeszedł na emeryturę. Jest jego obywatelem do dzisiaj, spoczywa na prawosławnym cmentarzu, dokąd w 1902 roku odprowadzały go tłumy warszawiaków.

W esejach Romanowskiego czas, postacie i wydarzenia stają się okazją do ukazania, w nieco innym zwierciadle, pogmatwanych losów Polaków, których sprawy prywatne splatały się z losami Polski, w nieustannych staraniach, by pogodzić własne szczęście z interesem ojczyzny. Miłość przeplatała się z nienawiścią, wyrzeczenia z konformizmem, własne ambicje z poczuciem obowiązku.

Nie każdy historyk potrafi napisać tekst, który w sposób przystępny opowiada o interesujących wydarzeniach historii. Autor prezentowanej książki historykiem, w ścisłym znaczeniu tego słowa, nie jest. Może właśnie dlatego udała mu się ta sztuka. Żałować tylko należy, że tak niewielu czytelników będzie mogło to docenić. Książki przegrywają w konkurencji z komputerem i telewizją. Ale czy te współczesne media potrafią je zastąpić?


W obronie starego świata

Maciej Łodyga

Trylogia Tolkiena jest dla ludzi, którzy lubią filmy o bohaterstwie, przyjaźni i miłości – osadzone w historycznych realiach. Chociaż mamy u Tolkiena świat fantasy, to jednak jest on bliski naszemu średniowieczu a sam film, ze względu na formę można by włożyć na półkę obok „Ostatniego Mohikanina”, „Braveheart”, czy „Patrioty”.

Oceniając Świat Śródziemia można by wziąć pod uwagę wiele motywów: rustykalne akcenty w Shire, krainie mlekiem i miodem płynącej, wartości rycerskie ludów Gondoru i Rohanu, baśniowość świata, w którym widać wyraźny podział na dobro i zło itp. Nie sposób w krótkiej formie wszystko opisać, więc chciałbym tylko zwrócić uwagę na kilka dialogów, jakie się przetoczyły między kolejnymi scenami batalistycznymi, potyczkami oraz wędrówkami wśród przepięknych krajobrazów, a które moim zdaniem zasługują na dłuższą uwagę. Nie da się ukryć, że film należy do tzw. kina masowego, które z reguły nie zawiera głębszego przekazu, ale chciałbym udowodnić, że „Władca pierścieni” zawiera refleksję na poważne tematy.

Dialog nr 1 odbywa się w kopalniach Morii, kiedy to Frodo i Gandalf rozmawiają o obleśnym, cierpiącym na rozdwojenie jaźni i owładniętym chęcią posiadania pierścienia stworze Gollumie. Frodowi jest żal, że jego krewniak Bilbo nie zabił go, kiedy miał taką sposobność, wyrażając w ten sposób pogląd, że życie takiego stwora jest nic nie warte i lepiej byłoby pomóc mu zejść z tego świata. Na to Gandalf oburza się i mówi, że właśnie żal wstrzymał jego rękę. Czarodziej wypowiada później bardzo mądre słowa:

„Wielu spośród żyjących zasługuje na śmierć. Niejeden z tych, którzy umierają, zasługuje na życie. Czy możesz ich nim obdarzyć, Frodo? Nie bądź więc tak pochopny w ferowaniu wyroków śmierci. Nawet bowiem najmądrzejszy nie wszystko wie”.

W tych kilku zdaniach zawarte są właściwie główne założenia etyki chrześcijańskiej na temat życia i śmierci. Czarodziej wykazuje szacunek do każdego życia. Bo też, czy życie ma wartość samą w sobie, czy też liczy się jakość życia? Starzec opowiada się za tym pierwszym. Przekładając to na nasz świat, można się zastanowić, czy nie jest obłudą mówienie o zabiciu człowieka z żalu: bo tak cierpi (ciężko chory), bo jego życie jest nic nie warte (umysłowo chory), bo jest niechciany i trafi do domu dziecka, albo będzie żyć w biedzie (dziecko poczęte)? Czy jest jakakolwiek przyczyna usprawiedliwiająca zabicie człowieka?

Niesprawiedliwość polega na tym, że życie jest tylko w pewnym stopniu uzależnione od samego człowieka. O tym, że świat jest niesprawiedliwy, wiemy wszyscy. Nawet śmierć jest niesprawiedliwa – zabiera tych, których nie powinna, a tych których mogłaby – pozostawia. Czarodziej wyraża jednak stoickie pogodzenie się z takim losem, czy bunt wobec tego stanu rzeczy ma sens? Można zmieniać ten stan rzeczy tylko w jedną stronę. Można zabijać tych, którzy zasługują na śmierć, ale nie da się przywracać do życia tych, którzy na to zasługują.

Ostatnie zdanie, wypowiedziane przez Gandalfa, świadczy o pokorze w obliczu zawodności ludzkiej wiedzy. Czarodziej w filmie reprezentuje kastę uczonych, którzy znając tajniki magii i wiedzy, znają przeszłość i patrzą daleko w przyszłość. Jednak zdaje sobie sprawę, że żaden człowiek nie jest wszechwiedzący i zarazem nie jest nieomylny.

Dialog nr 2 to rozmowa między kochankami – Arweną – elfitką oraz Aragornem – człowiekiem. Dowiadujemy się z niej, że Arwena chce oddać mu swą rękę wyrzekając się swego nieśmiertelnego życia i swojej rasy. Otóż w świecie Śródziemia elfy nie umierają, ale odpływają do swej Krainy na Zachodzie. Arwena chce zrezygnować z nieśmiertelności ze względu na miłość do człowieka. To kolejny przykład miłości ponad podziałami – Arwena jest tak zakochana, że gotowa porzucić całe swe dotychczasowe życie wśród „swoich” i zacząć żyć jak kobieta, tj. ludzka kobieta a nie elfitka. Jak mówi Pismo Święte „ ...opuści człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją i będą dwoje jednym ciałem”…

Dalej Arwena wyznaje, że woli dzielić jedno życie z Aragornem, niż zmierzyć się samotnie ze wszystkimi latami tego świata. Wbrew pozorom jej decyzja nie jest nieracjonalna. Po cóż jej długie życie wypełnione samotnością? Bez miłości jesteśmy jak miedź brzęcząca, a życie w samotności jest chyba niewiele warte.

Ojciec Arweny chciałby, (dialog nr 3) by ta pogrzebała swą miłość do Aragorna „w nieśmiertelnych krainach, które zawsze będą zielone”. Jego zdaniem, podróż do nieśmiertelnych krain da Arwenie szansę na nowe życie z dala od wojny, żalu i rozpaczy. Krainy te są rajem dla elfów, do którego Arwena nie chce pójść bez Aragorna. Ojciec Arweny przypomina, że Aragorn jest tylko człowiekiem i szybko się zestarzeje, a Arwena nie znajdzie pocieszenia i pozostanie samotna ze swoim żalem.

Krótko mówiąc wybranek – zdaniem ojca Arweny – nie nadaje się. Nie zasługuje na jego córkę. Kolejny przykład, kiedy rodzic wtrąca się nie rozumiejąc siły miłości. Miłość do Aragorna ma zostać wspomnieniem. Ileż to osób mówi zakochanym (może częściej nieszczęśliwie zakochanym), iż z czasem zapomną i znajdą kogoś innego? Oczywiście zawsze uważają, że robią to dla ich dobra, jak ojciec Arweny. Arwena jednak podejmuje życiową decyzję – pozostaje. Pozostając mówi: „Jeśli go teraz opuszczę, będę tego żałować na wieki”. Jednocześnie wyczuła, że mający dar jasnowidzenia elf ujrzał jej przyszłego syna z Aragornem.

Na tle postępowania Arweny nietrudno zauważyć, iż Aragorn jest mniej zaangażowany. Być może jest prawdą, że ktoś zawsze kocha bardziej. A może po prostu tylko kobieta (elfitka) potrafi kochać bezgranicznie. Jak by powiedziała moja nauczycielka języka polskiego w liceum: mężczyzna żyje i kocha, a kobieta żyje aby kochać.

Aragorn jest bardziej zajęty polityką. W końcu kanwą trylogii Tolkiena jest wielka wojna o panowanie nad Śródziemiem, przypominająca wojny światowe. W związku z nią warto porównać przemówienia Sarumana i Aragorna do żołnierzy. Saruman mówi: „Stary świat spłonie w ogniach przemysłu, lasy upadną i powstanie nowy porządek”. Otóż celem osi Zła Sauron – Saruman jest totalne zniszczenie dotychczasowego porządku opartego na harmonii i równości ludów Śródziemia. Notabene trudno nie dopatrzyć się motywów proekologicznych w filmie: przemysł kontra przyroda. W końcowym efekcie New Deal Sarumana zostaje rozgromiony przez armię entów – wiekowych drzew, a kuźnie, tamy i kopalnie zalewa rzeka.

Przed jedną z bitew Aragorn przemawia do żołnierzy. Z początku zaznacza, iż być może w przyszłości nadejdzie dzień, kiedy odwaga ludzi przeminie, kiedy opuścimy naszych przyjaciół i zerwiemy wszelkie więzi braterstwa, kiedy Era Ludzi dobiegnie końca. Jednak dziś nakazuje walczyć i woła: „Przez wzgląd na wszystkich, których kochacie na tej dobrej ziemi. Zaklinam was, żebyście powstali, Ludzie Zachodu!”. Jako przywódcy pozostaje mu, nawet jeśli walka wydaje się beznadziejna, stanąć do bitwy z barbarzyństwem Mordoru w obronie Starego Świata, ich Świata. Ludzie Zachodu odnoszą zwycięstwo, jednak zwycięstwo zawdzięczają swemu charyzmatycznemu przywódcy i jego kompanii. Odnoszą zwycięstwo, bo walczą pod wodzą: Aragorna – ideału władcy i rycerza – oraz Gandalfa – ideału uczonego. Oni są odpowiedzialni za podejmowanie decyzji, a reszta uznaje ich władzę nad sobą.

„Władca pierścieni” z pewnością bardzo pozytywnie wpływa na młodego widza, z wyjątkiem może scen batalistycznych. Film uczy życia w oparciu o takie wartości jak: przyjaźń, miłość, honor, patriotyzm, poświęcenie – sprawiające, że dana wspólnota odróżnia się od stada egoistycznych i krwiożerczych jednostek, zdolnych do najbardziej haniebnych czynów, w imię realizacji własnych interesów.


Księga suszy i pożaru

Tomasz Kornaś

Ewie i Marcelince

W jednym z najprężniejszych (i zarazem najstarszych) katolickich wydawnictw, krakowskim Wydawnictwie Apostolstwa Modlitwy ukazała się z początkiem bieżącego roku książka Francoise Chandernagor „Pierwsza żona”. Książka jest bardzo osobistą, momentami wręcz intymną relacją kobiety porzuconej przez męża.

Problem rozpadu małżeństw staje się coraz większym problemem również w Polsce. Pod tym względem niestety systematycznie równamy do krajów bogatszych. Różne bywają oczywiście przyczyny, różne bywają skutki rozpadu tego, co trwać miało do śmierci. Coraz szybsze tempo życia, coraz więcej czasu poświęcanego na sprawy pozadomowe, pozarodzinne (praca, kariera), powodują bardzo często osłabianie więzi między małżonkami. I jeśli nawet więź słabnie, to zaaferowani codziennością ludzie, zdają się tego nie dostrzegać, a jeśli dostrzegają, to godzą się z tym, a jeśli nawet się nie godzą, to często nie potrafią rozmawiać, nie umieją (nie próbują) naprawiać...

Zdarzają się rzecz jasna sytuacje, kiedy oboje małżonkowie dochodzą do wniosku, że nie chcą być razem, dochodzą do wniosku, że „realizować się” wolą poza małżeństwem, z kimś innym, bądź samotnie... Ale takie sytuacje są na pewno rzadsze; najczęściej to jedno z małżonków pragnie odejścia, pragnie innego lepszego życia. Taką też sytuację opisuje autorka książki. Jej poślubiony przed laty mąż zostawia ją, planuje życie („aż do śmierci...”?) z kimś innym. Kobieta nie może tego do końca zrozumieć. Dla niej bowiem, osoby pochodzącej z ludu, „umowa jest umową, danego słowa zawsze się dotrzymuje, a małżeństwo jest na całe życie”. W jednym z fragmentów pisze: „chciałam miłości dłuższej nawet niż nasze życie. Miłości, której trwanie nasze dzieci, moje książki i pamięć ludzi przedłużałyby w nieskończoność. A on już mnie nie kocha, i oto jestem śmiertelna”.

Miłość i małżeństwo na całe życie są modelem coraz rzadziej spotykanym. Fakty są straszne: autorka wspomina, że w Paryżu rozpada się co drugie małżeństwo. Pisze też: „przy ocenianiu ryzyka śmiertelności towarzystwa ubezpieczeniowe umieszczają rozpad małżeństwa na skali urazów wyżej niż przeprowadzkę, żałobę czy pożar; to dlatego, że w przypadku rozwodu wszystkie te nieszczęścia występują razem: żałoba (traci się męża), przeprowadzka (traci się dom), pożar (traci się meble)”. Z innych źródeł wiemy, że w USA już mniej niż połowa dzieci wychowuje się w pełnych rodzinach! A rozpad rodziny najwięcej rani dzieci – tym bardziej, im są one mniejsze. Judith Wallerstein w swojej książce „Unexpected Legacy of Divorce” (Niespodziewane skutki rozwodów) postawiła wręcz tezę „ co przypomniał niedawno Tomasz Terlikowski – że praktycznie niemożliwe jest osiągnięcie szczęścia w małżeństwie przez dzieci, pochodzące z rozbitych rodzin. Terlikowski zaś napisał niedawno: „piętno rozwodu rodziców odbija się również na dorosłym życiu dzieci. Okazuje się, że ich związki małżeńskie rozpadają się wielokrotnie częściej niż osób bez takich doświadczeń”.

Częstym złudzeniem osoby dążącej do rozwodu, do odejścia, do związania się z kimś innym jest wiara w to, że uda się dziecko (dzieci) uchronić przed negatywnymi skutkami takiej sytuacji. Teza, że dziecko do prawidłowego, dobrego rozwoju potrzebuje nie mamy i taty, ale rodziców, nie jest specjalnie oryginalna, ale za to mocno prawdziwa. Prawdziwymi ofiarami rozwodów – podkreślmy to raz jeszcze – są właśnie dzieci, zwłaszcza małe; często nagle i z zaskoczenia dowiadują się, że oto mama i tata już nie będą razem, że zamieszkają z jednym z rodziców i – nierzadko – z nowym partnerem rodzica.... Próbuje się takie sytuacje minimalizować, próbuje się sięgać po rady psychologów, ale krzywda wyrządzana dziecku jest ogromna... . Autorka pisze: „nie ma »pięknego rozwodu« i nie ma »dobrej wojny«. Rozwód jest po to, by niszczyć, wyrywać, miażdżyć. A najgorsze jest to, że niczym tasak rzeźnika zanieczyszcza to, co sieka na kawałki. I ta gangrena zakaża wszystko: przyjaciół, rodziców, dzieci”.

Dane statystyczne pokazują, że coraz więcej rozwodów ma miejsce przed upływem 10 lat trwania małżeństwa. Niejednokrotnie pewne wzajemne rozczarowania, różnice wcześniej niedostrzegalne, zyskują na znaczeniu. I drogi bywają dwie: albo rozmawiamy, naprawiamy, dzielimy się sobą, swoimi ocenami, próbujemy odnaleźć atmosferę pierwszych lat albo też szukamy akceptacji na zewnątrz, u innych, i oddalamy się od żony/męża mówiąc: „nie tak to sobie wyobrażałem/wyobrażałam”, „coś się we mnie rozsypało”, „już nie mogę być z tobą”... . I odchodzimy, chociaż tak niedawno z namaszczeniem powtarzaliśmy wobec licznych rzesz rodziny i przyjaciół słowa o miłości i wierności do śmierci.... Ból leczymy amputacją.

Książka „Pierwsza żona” pokazuje jeden z „wariantów” rozpadu małżeństwa. Podkreślając z całą mocą, iż opisuje jedną z tragiczniejszych cech współczesnej cywilizacji, wypada uczciwie zaznaczyć, że momentami bywa monotonna w odbiorze. Prowadzona jest w formie monologu wewnętrznego autorki i chwilami razić może drobiazgowość niektórych opisów, pewna powtarzalność, pewna banalność porównań (np. „kiedy się tak budzę, przebita ostrzem zazdrości”, „stawy migocą niczym słone jeziora”). Ale usprawiedliwieniem może być okoliczność, że autorka swoją książkę potraktowała jako bardzo osobistą „księgę cierpienia”. Tak określiła swój zamiar i to, czym ta opowieść miała być: „napisać księgę cierpienia: oto jedyny projekt, jaki mi pozostał po odejściu mojego męża; księgę suszy i pożaru”.

Coraz większa jest ilość rozwodów, coraz więcej jest „wolnych związków”, coraz głośniejsze są żądania legalizacji związków homoseksualnych (wraz z prawem do adoptowania dzieci)... Szczęśliwa i kochająca się rodzina to coraz rzadszy element składowy współczesnych społeczeństw. Czy na naszych oczach instytucja rodziny umiera?


Latinitas


Latinitas – Christianitas – Humanitas

Adalberus Mundanus

„Latinitatem iam morutuam esse fortasse sentiant soli homines, qui re vera nec christianitati nec humanitati multum tribuere possint”. (Tradycję łacińską jako już bezpowrotnie przeszłą uważają może jedynie ci ludzie, którzy w rzeczy samej nie potrafią docenić ani wartości chrześcijaństwa ani wartości samego człowieka). Taką sentencją można by najkrócej posumować jądro myśli, wokół której skoncentrowana jest tematyka „Zbioru poświęconego używaniu języka łacińskiego”, napisanego przez jednego z najwybitniejszych współczesnych znawców tzw. kultury klasycznej.

Książka z serii „Bibliotheca Latina” jest poniekąd tylko kontynuacją jej pierwszych dwóch tomów, poświęconych kolebce kultury europejskiej, tzn. tworzeniu się „proto-chrześcijaństwa” („De itinere Palestinensi sive Israheliano”, tom I) oraz „proto-humanizmu” europejskiego („De itinere Graeco”, tom II. To wydanie kładzie nacisk na aspekt językowy w „konsubstancjalnej trójcałości”, posiłkując się tu językiem teologii, czyli na condicio linguae hodiernis Latinae.

W pierwszym kroku rozważań autor koncentruje swój wysiłek na pokazaniu normy Latinitas. Najważniejszym zadaniem dzisiejszej łaciny jest doprowadzenie do zgody świata humanistów-latynistów odnośnie normy językowej. Wzorcem winna być łacina klasyczna: „Inter omnes quidem constat Ciceronem et Caesarem esse quasi culmen … [et] fastigium totius Latinitatis” [26], i nie ma żadnej innej normy: „Non est norma Latinitatis … mediaevalitas vel aetas »humanismi« vel »posthumanismi«” [442]. W tych słowach nie da się nie zauważyć m.in. krytyki tzw. łaciny kościelnej, która to ma swój początek już w wulgacie, czyli łacińskim przekładzie Biblii dla ludu (łac. vulgus lud, tłuszcza). Normę tą należy jednak odnieść przede wszystkim do gramatyki: „Haec normae condicio imprimis ad grammaticam spectat” [5]. Czyli nie można twierdzić, iż język ten został już w „złotym wieku” (aetas aurea vel „classica”) do końca rozwinięty we wszystkich jego aspektach. I tak na przykład pozostaje aspekt tworzenia nowej terminologii lub nomenklatury (nomenclatio), któremu norma bynajmniej nie stawia barier. Zresztą sam Cicero wypowiedział się za wprowadzaniem nowych słów do języka: „»Rebus novis nova imponenda sunt nomina«” [73; (Cicero, De natura deorum)]. Jednakże autor przestrzega przed wprowadzaniem obcych normie znaczeń i zwrotów, które nagminnie wdzierają się do języków wernakularnych, „zaśmiecając” je: „Ne inferamus in sermonem Latinum »Italianismos« vel »Gallicismos« vel »Germanismos« vel »Anglicismos« vel »Americanismos« vel alios idiotismos …” [38]. Wyjaśniając i po części wprowadzając (nowe) terminy, realizuje Eichenseer z godną podziwu akrybią normę Latinitas, która znajduje swoje potwierdzenie w licznych przykładach, wziętych przede wszystkim z oryginalnych tekstów łacińskich. Temu programowi jest poświęcona druga, bardzo obszerna część jego „Kolekcji”.

W drugim kroku, ukazuje on związek łacińskiej tradycji z chrześcijaństwem, przytaczając przykłady wskazujące na nowe użycie terminów. Jej początek da się zauważyć w samej Palestynie za czasów Jezusa, gdzie już wówczas językiem kolokwialnym na ulicach była m.in. łacina. Od samego początku stała się jednym z dwóch języków (obok greki) kościoła chrześcijańskiego w Europie. Religia chrześcijańska i język łaciński stworzyły nie tylko kulturę Europy okcydentalnej, ale ogarnęły również Europę orientalną (Słowian) i septentrionalną. Dopiero reformacja (od czasów M. Lutra), a przede wszystkim era przemysłowa („aetas industrialis”) i era elektroniczna („aetas electronica”), doprowadziły do schyłku łaciny i poniekąd też chrześcijaństwa. Kryzys chrześcijaństwa, a przede wszystkim Kościoła Rzymskokatolickiego w Europie Zachodniej, autor upatruje w odejściu od „mysterium Paschale”, które przestało być po Vaticanum II celebrowane w języku łacińskim. Ten kryzys powoduje również, że „vita Latinitatis” wygasa, co „widzimy również na (...) przykładzie Kościoła Katolickiego” [113].

Trzecim krokiem jest uzmysłowienie związku chrześcijaństwa z humanizmem na przykładzie łaciny. Przytaczane przez autora przykłady są zaczerpnięte od wybitnych humanistów-latynistów chrześcijańskich jak Augustinus, Hieronymus, Boetius, Erasmus, Comenius (Komenský) etc. Znaczne obszary kultury i nauki były domeną „łacinników”. W ich zasięgu była również polityka, np. w parlamencie węgierskim aż do 1848 roku językiem urzędowym była łacina [cf. 8].

Jedność chrześcijaństwa i kultury europejskiej na płaszczyźnie językowej, a tym samym świadomościowej, była i ciągle jest nadszarpywana przez procesy nie będące w zgodzie z tradycją. Należą tu przykładowo naliczanie kolejności dni tygodnia: sábbatum jest ostatnim dniem tygodnia, a dies dominicus jest pierwszym już następnego: „przeciwko zwyczajom chrześcijan … publicznie obstają przedsiębiorcy, owi ekonomiczni logistycy, twierdząc, że pierwszym dniem tygodnia jest zgodnie z rzemiosłem logistycznym poniedziałek” [219].

Eichenseer daje przy tym wyraz swojej dezaprobacie wobec coraz silniejszego wpływu ekonomii, i to nie tylko na tradycję i obyczaje ale również na jej ubezwłasnowolniający wpływ na człowieka. Za inny przykład może posłużyć nadawanie osobom „wzbudzających sensację” imion, mimo iż tradycja judeochrześcijańska zna gros imion jej właściwych: Gabriel („robustus” Dei), Michał („quis ut Deus”), Rafał („medicina Dei”) etc. [cf. 474-483].

Związek latynizmu, chrystianizmu i humanizmu może podsumować wypowiedź papieża Jana XXIII: „Ponieważ … [sensu: przez studia latynistyki] w duszy osadza się to, co wartościowsze jest naturze i dostojności człowieka, [dlatego] jest bardziej pożądanym to, co charakter człowieka kultywuje i ozdabia, tak aby ubodzy śmiertelni nie przypominali tych, którzy zostali/są sfabrykowani, i egzystują jak maszyny, oziębli i nieczuli, owi eksperci miłości” [176; (AAS 54/1962)].

W dalszej części wywodu Autor podkreśla jeszcze trzy kwestie, które jakby uchodziły uwadze dzisiejszemu pokoleniu Europejczyków, mianowicie że kultura łacińska nie ograniczała się do kontynentu europejskiego; szczególnie Afryka wydała wybitnych latynistów jak Apuleius, Arnobius, Augustinus i wielu innych [cf. 5].

Druga uwaga dotyczy uniwersalności kultury i nauki na bazie łaciny, która przez wieki skutecznie uniemożliwiała powstawanie nacjonalizmów, co więcej, na jej podstawie tworzyła się amicitia et societas między narodami [cf. 33].

Trzecia myśl dotyczy jedności Europy; autor nie twierdzi, iż kultura łacińska zagwarantuje taką jedność, lecz uważa, iż wspólnota i przyjaźń „lepiej sprzyjają jedności Europy” [cf. 33].

Książka niniejsza nie jest jakimś systematycznym roztrząsaniem owego trójistotowego związku. Jej celem jest przypomnienie Europejczykom ich europejskości, wyrwanie ich z więzów komercjalizmu (commercium lucrosum) czy pop-kultury (cultus quasi humanus), które to próbują tradycję albo zdewaluować albo zepchnąć w zapomnienie. Krokiem przeciwko takiej tendencji, której zresztą zdaje się folgować również Konwent Europejski, ma być „praca organiczna” nad (re-)witalizacją Latinitas.


Promocja Wielkiej Tradycji

Wojciech Turek

Kiedy w 2001 roku wydawnictwo De Agostini wystartowało z serią „Arcydzieła Wielkich Myślicieli”, rozpowszechnianą za pośrednictwem sieci kolportażu czasopism, początkowo zareagowałem ze sceptycyzmem. „Sam pomysł – pisałem na łamach „Sprawy Polskiej” (nr 3-4/2001) – oferowania do sprzedaży najwspanialszych wytworów ludzkiego geniuszu i umysłu w miejscach tradycyjnie zarezerwowanych dla periodyków, produkowanych by zaspokoić niewyrafinowaną ciekawość oraz głód dość banalnych informacji, zdawał się deprecjonować i upokarzać dzieła najwybitniejszych autorów”. Do tego dochodziła obawa, że arbitralny wybór tytułów, godnych miana „arcydzieł”, będzie tendencyjny, zgodny z „duchem czasu” a nie rzeczywistą wagą i wartością napisanych i zachowanych do naszych czasów arcydzieł.

Po upływie trzech lat i rozrośnięciu się serii do blisko stu tytułów, podtrzymuję jedynie drugą część zgłoszonych na początku zastrzeżeń. Jeżeli treść jest dla nas ważniejsza od formy, to okazuje się, że inicjatywa wydawnicza wykorzystująca współczesne techniki komunikacji medialnej, skutecznie wypromowała książki o najwyższej wartości. Zgodnie z zasadą, że można wypromować każdy produkt, została wypromowana literatura z założenia skierowana jedynie do elit umysłowych. Nie mają zatem racji ci, którzy niejako z konieczności pracują w mediach propagujących tandetę i szmirę, argumentując, że „wartościowe inicjatywy edytorskie nie mają szansy utrzymania się na rynku”.

Potwierdziły się natomiast moje przypuszczenia, że w ramach serii będą ukazywały się dzieła uznawane dziś za „kamienie milowe” rozwoju tzw. społeczeństwa otwartego, natomiast nie ukażą się dzieła znaczące z punktu widzenia przeciwników „postępu”. Nie ukazało się, jak dotąd, ani „Państwo niewolnicze” Belloca, ani „Ortodoksja” Chestertona, ani cokolwiek T. S. Eliota. Nie ukazały się refleksje o rewolucji Edmunda Burke’a, ani żadne dzieło Bossueta etc. etc. Ale – bądźmy sprawiedliwi – znalazło się, pomimo wszystko, miejsce dla wielu dzieł propagujących myśl chrześcijańską (św. Augustyn, św. Teresa z Avila, św. Tomasz z Akwinu, Kempis, św. Jan od Krzyża, Chateaubrianda „Geniusz chrześcijaństwa”). W sumie, inicjatywa wydawnicza jest nie tylko udana, ale i użyteczna z punktu widzenia rozwoju kultury wysokiej.

Na początku bieżącego roku, De Agostini uruchomiło kolejną godną uwagi serię, zatytułowaną „Arcydzieła Kultury Antycznej”. W tym przypadku, trudno wnosić jakiekolwiek zastrzeżenia. Kanon arcydzieł antycznych został wypracowany jeszcze w czasach, kiedy nikomu nie śniło się ani o Popperze, ani o Wolterze, kiedy nikt nie kwestionował Prawdy, a zadanie literatury sprowadzało się do tego, żeby bawiła i uczyła. Co więcej, sam fakt uruchomienia tej serii, służy promocji najprawdziwszej Wielkiej Tradycji, którą w ostatnich latach lekceważy się i spycha do lamusa. Cywilizacja grecko-rzymska istniała i rozwijała się przez ponad tysiąc lat (umownie od powstania „Odysei” i „Iliady” ok. 700 r. pne. do upadku cesarstwa rzymskiego ok. 500 r. ne). Cywilizacja nowożytna dopiero w dziełach Miltona, Szekspira, More’a, Erazma, Kopernika czy Montaigne’a, a więc około XVI i XVII wieku dorównała (Chateaubriand powiedziałby, że przewyższyła) poziom wypracowany przez starożytnych. Tak więc, nasza współczesna cywilizacja to zaledwie 500 lat rozwoju, przez większą część odwołującego się do dorobku starożytnych, a dopiero od kilkudziesięciu lat definitywnie odchodzącego od języków klasycznych, wyobraźni i filozofii starożytnej. Dzięki pomysłowi zrealizowanemu przez wydawnictwo De Agostini, w prywatnych i publicznych bibliotekach znajdą się kolekcje arcydzieł starożytności. Będą dostępne, a to bardzo ważne. Nie zapominajmy, że upadek starożytnej cywilizacji ok. 500 – 700 r. n.e. był spowodowany w decydującej mierze zniszczeniem, a więc praktyczną nieosiągalnością, dzieł starożytnych. Nowe pokolenia nie miały nawet teoretycznej możliwości zdobycia wykształcenia. Nastały czasy nawrotu do stanu barbarzyństwa... Dopóki na półkach będą dostępne wartościowe książki, dopóty będzie można żywić nadzieję, że Wielka Tradycja przetrwa obecne czasy powszechnego triumfu tandety. Im więcej będzie takich kolekcji, jak „Arcydzieła Kultury Antycznej”, tym większa szansa na przyspieszenie nadejścia odrodzenia.


 Varia


Bariery rozwoju III RP

Rozmowa z prof. Romanem Bäckerem

Rafał Zgorzelski: Panie Profesorze, jakie są podstawowe przyczyny katastrofalnego zniechęcenia Polaków do instytucji publicznych?

Roman Bäcker: Zniechęcenie nie jest katastrofalne, niektóre instytucje są poważane, a nawet szanowane. Niestety dotyczy to instytucji marginalnych z punktu widzenia władzy publicznej. Są to np. straż pożarna czy radio publiczne.

Polacy nie lubią najważniejszych instytucji publicznych z kilku poważnych powodów. Te negatywne oceny wynikają, jak podnoszą to liczni publicyści, z niekompetencji, niezdolności rozwiązywania problemów, przeciągania w nieskończoność rozstrzygania najprostszych spraw i wielu innych biurokratycznych grzechów. Łączy się z tym traktowanie całej sfery politycznej jako przeżartej korupcją, gdzie dominują relacje patronacko-klientelowskie (kolesiostwo) oraz kryminogenne związki nie tylko z wielkimi finansistami, ale i małymi kapitalistami (i zarazem aferzystami) np. od żelatyny czy „jednorękich bandytów”.

Tymczasem nie są od lat rozwiązane elementarne rzeczy, o których wszyscy mówią (w tym i politycy – ale tylko z okazji kampanii wyborczych). Bezrobocie, zmniejszenie pozapłacowych kosztów zatrudnienia, ułatwienia dla nowych inwestycji, stabilizacja i uporządkowanie systemu podatkowego, budowa autostrad, służba cywilna, likwidacja zbędnych instytucji państwowych, choćby ograniczenie marnotrawstwa i rozrzutności urzędników, to tylko niektóre kwestie od lat bezsilnie wyglądające rozwiązania. W ogromnym obszarze realizacji dobra wspólnego elity polityczne wykazują się bardzo wysokim poziomem impotencji.

R.Z.: Proszę scharakteryzować determinanty stanowiące bariery rozwoju systemu politycznego III RP? Czy politologia pozwala określić i zdefiniować te zjawiska?

R.B.: Nie tylko politologia, ale i socjologia, ale zapewne też powinna w jakiejś części i prokuratura. Bariery rozwoju systemu politycznego posiadają charakter po pierwsze konstytucyjny. Ustawa zasadnicza z 1997 roku w niektórych bardzo ważnych sprawach jest bardzo niekonkretna (np. szczebli samorządu terytorialnego). Natomiast tam, gdzie nie musiała być zbyt konkretna, jest odwrotnie. Tak jest np. z wyborami proporcjonalnymi do sejmu. Takiego już zapisu w przypadku wyborów do senatu (iż są większościowe) nie ma w konstytucji.

Po drugie, mamy do czynienia z mechanizmami obowiązującymi w świecie politycznym, które skutecznie blokują próby zmian podejmowane przez najbardziej rozsądnych polityków. Do tych mechanizmów należy zaliczyć nie tylko sposób zbierania pieniędzy na kampanie wyborcze, ale i cały system relacji pomiędzy światem politycznym a biznesem.

Po trzecie, można mówić o swoistej blokadzie generacyjnej. Ludzie do mniej więcej 35 roku życia nie mają zbyt wielu szans na zajmowanie znaczących pozycji w życiu społecznym. Wszelkie możliwe role społeczne w tej sferze zostały obsadzone w okresie 1988 – 1991.

Po czwarte, nie ma realnych projektów rzeczywistych zmian systemu politycznego o spójnym i przemyślanym charakterze. Opozycja jest zainteresowana braniem władzy i im bardziej jest radykalna, tym mniej realny ma program. O impotencji programowej ugrupowań schodzących ze schodów pałaców władzy lepiej nie wspominać.

R.Z.: Kto tak naprawdę może być zainteresowany zmianami i skąd mogą one nadejść? Przecież wzrost poparcia dla ugrupowań opozycji parlamentarnej nie jest wynikiem przedstawienia alternatywnych koncepcji, a rezultatem utraty wpływów ekipy rządzącej. Te środowiska nie mają pomysłu na państwo...

R.B.: Aby była jasność, mają pomysły na państwo i jest ich wiele, jednakże nie mają one charakteru spójnego, do końca przemyślanego i w dodatku kompatybilnego z realiami prawnymi, finansowymi i społecznymi Polski. Zmianami rzeczywistymi, nie polegającymi wyłącznie na wymianie elit partyjnych są zainteresowane kształtujące się w tej chwili kontr-elity spoza sceny politycznej oraz te grupy społeczne (w coraz większym stopniu się upodmiotawiające), które odczuwają wysoki poziom frustracji wynikającej z funkcjonowania obecnego systemu politycznego. Prócz ludzi młodych i wykształconych są to liczne grupy biznesu i bezrobotni.

R.Z.: Czy polskie członkostwo w Unii Europejskiej będzie skutkowało wzrostem, a może osłabieniem świadomości narodowej? W sytuacji, gdy wyraźnie da się zauważyć brak związku między interesami ogółu a jednostek...

R.B.: Trudno przypuszczać, jaka będzie przyszłość. Znane są jednak pewne mechanizmy reakcji społecznej na sytuację zagrożenia. A ta ostatnia jest stosunkowo łatwa do wyobrażenia, gdy do Polski zacznie w jeszcze większym stopniu i o jeszcze niższych cenach napływać masa towarowa z innych państw UE. W takim przypadku możliwy jest wzrost poziomu patriotyzmu ekonomicznego („kupuję, bo polskie”), choć raczej nie będzie zwiększenia postaw ksenofobicznych.

R.Z.: Profesorze, w Polsce prawo stanowione traktowane jest instrumentalnie i służy często realizacji interesów określonych koterii. Czy więc wysuwane postulaty „naprawy państwa” poprzez zaostrzenie przepisów nie są dmuchaniem na zimne?

R.B.: Czymś innym jest prawo gospodarcze, a czymś innym karne. Zaostrzenie przepisów dotyczy tylko tego ostatniego. Tymczasem nie jest potrzebne zaostrzenie przepisów, ale stworzenie sytuacji nieuchronności kary oraz potępienia społecznego dla sprawców przestępstw – również tych, którzy są na wysokich stanowiskach. Czasami dla skutecznego ścigania niektórych przestępstw wystarczy zmienić nieco konstrukcję winy i orzekania o karze. Tak się stało np. z przepisami dotyczącymi łapówek dla funkcjonariuszy publicznych. Gdy zerwana została solidarność pomiędzy biorącym a dającym, to zniknęła też łatwość korumpowania. Nie oznacza to jednak, że nie ma już potrzeby dokonania moralnej rewolucji w Polsce. Nasze życie polityczne bez dokonania zarówno symbolicznego, jak i rzeczywistego przełomu w sferze moralnej, instytucjonalnej oraz personalnej nie jest w stanie sprawnie funkcjonować.

R.Z.: Lansowana przez ruch JOW zmiana ordynacji wyborczej nie wydaje się być jedynym remedium na te problemy?

R.B.: JOW jest tylko jednym z licznych środków naprawy sytuacji w Polsce. Zanim jednak zastosuje się je, bardzo bym prosił inicjatorów tego pomysłu, by przedstawili symulacje konsekwencji ich wdrożenia do polskich warunków. Są one przecież odmienne od brytyjskich bądź amerykańskich ...

R.Z.: Jak bardzo mity PRL i Polski Ludowej, o których pisze Pan w pracy zredagowanej przez prof. Witolda Wojdyło „Wychowanie a polityka. Mity i stereotypy polskiej myśli społecznej XX wieku” (Toruń 2000) zaważyły na postawie Polaków?

R.B.: Negatywny mit PRL oraz pozytywny Polski Ludowej organizowały znaczną część świadomości Polaków w latach 90. W tej chwili, szczególnie dla młodego pokolenia, mity te straciły jakąkolwiek wartość. Pozytywny mit Polski Ludowej był dla znacznej części wyborców oraz członków SLD elementem tożsamości zbiorowej. Negatywny mit PRL był uzasadnieniem dla wielu działań podejmowanych przez obóz postsolidarnościowy. W tej chwili, powtarzam, oba te mity historyczne przestały mieć znaczenie polityczne.

R.Z.: Skąd wzięło się Pańskie zainteresowanie problematyką sformułowanego przez przedwojennego konserwatystę prof. Mariana Zdziechowskiego „euroazjatyzmu”?

R.B.: Marian Zdziechowski jako jeden z pierwszych Polaków opisał fenomen euroazjatyzmu. Natomiast twórcami tego oryginalnego prądu intelektualnego byli wybitni profesorowie rosyjscy przebywający w okresie międzywojennym na emigracji w Pradze, Paryżu, Berlinie i wielu innych miejscach świata. Pod względem logicznym jest to sposób rozumienia świata wyjątkowo niespójny i nieracjonalny. Jednakże jest fascynujący ze względu na możliwość analizowania rozmaitych schematów myślenia w ramach społeczeństw tradycyjnych i niedemokratycznych. Rosji nie da się zrozumieć bez uświadomienia sobie sensu, charakteru oraz mechanizmów derywacyjnych występujących w takich właśnie nurtach myśli politycznej.

R.Z.: Co się stanie z Rosją? Czy przewiduje Pan Profesor wzmocnienie jej pozycji mocarstwowej oraz utrwalenie systemu autorytarnego „samodzierżawia”, czy wzrost tendencji demokratyzacyjnych? Czy obecne przekształcenia w Rosji mogą być niebezpieczne dla Polski

R.B.: Wróżka zapewne lepiej by odpowiedziała na pytania o przyszłość. Mogę jedynie stwierdzić, iż nie ma większych szans na stworzenie w najbliższym czasie w Rosji społeczeństwa obywatelskiego. Istnieje natomiast duże prawdopodobieństwo powstania systemu autorytarnego. Rosja natomiast nie zagraża Polsce i to nie tylko dlatego, że traktuje kraj nad Wisłą jako peryferyjny. Po prostu wszystkie liczące się partie w Rosji uważają Polskę za kraj należący do Zachodu.

Rozmawiał: Rafał Zgorzelski


Roman Bäcker, profesor UMK, Kierownik Katedry Politologii UMK w Toruniu, autor pięciu książek i około 80 artykułów naukowych, m.in. „Międzywojenny eurazjatyzm. Od intelektualnej kontrakulturacji do totalitaryzmu”, Wyd. Ibidem, Łódź 2000; „Totalitaryzm. Geneza. Istota. Upadek”, Toruń 1992; „Między demokracja a despotyzmem”, PWN, Warszawa 1990; „Struktury poziome w Toruniu”, UW, Warszawa 1990.


Krok naprzód i krok wstecz

Wojciech Turek

Na rynku książki: chaotycznym, zdominowanym przez tandetę i szmirę, ukazuje się – pomimo wszystko – mnóstwo wartościowych tytułów. Trzeba jednak prawdziwej dociekliwości detektywa, aby wyśledzić wszystkie ukazujące się, godne uwagi pozycje, zaliczające się do szeroko pojętej myśli konserwatywnej, odkłamujące zakłamaną przeszłość, przypominające zapomniane fakty, zdarzenia, ludzi. Książki naprawdę odkrywcze, rzadko kiedy doczekają się recenzji, reklamy, promocji, nawet na łamach dodatków kulturalnych czy specjalistycznych czasopism. Ale nawet jeśli nie widać ich na półkach księgarskich, nie znaczy to, że nie istnieją. Są, ukazują się jak przysłowiowe grzyby po deszczu (tym deszczem jest wolność słowa) i wzbogacają zasoby bibliotek publicznych lub prywatnych.

Dopiero niedawno napotkałem na książkę wydaną w 2001 roku przez renomowane wydawnictwo „Książka i Wiedza”. Są to wspomnienia Stanisława Głąbińskiego zatytułowane: „W cieniu ojca”. Kim był ojciec – również Stanisław Głąbiński? Na przełomie XIX i XX wieku jako przywódca obozu narodowego w Galicji, pełnił funkcję posła do sejmu galicyjskiego i parlamentu austriackiego, a nawet ministra kolei w rządzie austriackim (1910 – 1911). Po odzyskaniu niepodległości dwukrotnie minister, przez wiele lat przewodniczący sejmowego a następnie senackiego klubu narodowego. Dopiero zamach majowy w 1926 roku spowodował odsunięcie Głąbińskiego od tzw. wielkiej polityki. Polityk ten, stawiany w rzędzie najwybitniejszych postaci polskiej prawicy (obok Romana Dmowskiego, Stanisława Grabskiego czy Romana Rybarskiego), pozostawił po sobie znakomicie napisane wspomnienia. Niestety, obszerna książka, wydana na początku 1939 roku, nie zdążyła się rozejść po Polsce i dziś jest rzadkością bibliograficzną. „Wspomnienia polityczne” Głąbińskiego kończą się na zamachu majowym. Dopiero w 1983 roku opublikowano suplement do wspomnień, obejmujący okres od 1926 do 1939 roku, będący swoistym podsumowaniem i oceną rządów sanacyjnych, pisaną z perspektywy klęski wrześniowej Polski.

Książkę syna, Stanisława Głąbińskiego, wieloletniego pracownika PAP a nawet redaktora naczelnego Polskiej Agencji Interpress, można odczytywać dwojako. Jako wspomnienie syna o ojcu, podjęte w celu rozliczenia się z własnego życia, bądź jako przyczynek do przywracania wybitnemu politykowi należnego mu miejsca w skarbnicy narodowej pamięci. Przyznaję, że ten drugi wątek interesuje mnie o wiele bardziej. Stanisław Głąbiński junior nie kontynuował drogi politycznej, jaką zmierzał jego ojciec. Sam się do tego przyznaje: „Ojciec był człowiekiem prawicy, ja bardzo wcześnie zacząłem się skłaniać ku poglądom lewicowym”. Trudno czynić mu z tego powodu zarzut, choć wydaje się, że jest pewna sprzeczność między z jednej strony: apoteozą ojca, jego postawy, a nawet jego ówczesnych poglądów, a z drugiej: wyborem przez syna przynależności do PPS i wieloletnim funkcjonowaniem w systemie propagandy komunistycznej PRL. Pomińmy jednak ten problem, a skupmy się na postaci Stanisława Głąbińskiego ojca, z pewnością zasługującej na przypomnienie.

Krótko po napisaniu wspomnianego suplementu do wspomnień, Głąbiński został we Lwowie aresztowany przez władze sowieckie. Ze wspomnień syna o ojcu, napisanych m.in. na podstawie materiałów przekazanych mu przez rosyjskie służby specjalne w 2001 roku, jednoznacznie wynika, że po upływie ponad półtorarocznego aresztu, dnia 14 czerwca 1941 roku został skazany na osiem lat więzienia, a 14 sierpnia zmarł, niedługo po przewiezieniu do więzienia NKWD w Charkowie (po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej). Dzięki książce, czytelnik może po raz pierwszy dowiedzieć się, jak wyglądały naprawdę ostatnie miesiące życia wybitnego polskiego polityka.

Integralną częścią książki (jednym z rozdziałów) jest wspomniany wyżej suplement do wspomnień politycznych Stanisława Głąbińskiego, ojca. Dobrze, że został on opublikowany (choć ze skrótami), jednak wydaje się, że sam suplement, w oderwaniu od zasadniczego zrębu „Wspomnień politycznych”, znajduje się niejako w próżni, jest dodatkiem do czegoś, co nie jest dostępne, bowiem – jak wspomniano – przedwojenne wydanie stanowi rzadkość bibliograficzną. Abstrahując od sensu publikowania dodatku do całości, forma publikacji tego suplementu sprawia, że nasza wiedza o spuściźnie pamiętnikarskiej Głabińskiemu jeszcze bardziej gmatwa się w nieprawdziwych faktach. Przyczynia się do tego zarówno sam autor wspomnień o ojcu, jak również redaktor wydawnictwa „Książka i Wiedza”. Książka nie została bowiem opatrzona żadnymi przypisami, sprostowaniami, uzupełnieniami. W wersji książkowej, pozostaje surowym materiałem wspomnieniowym. Jako publikacja nosząca numer 13614 przynosi wstyd wydawnictwu o wielce zobowiązującej nazwie: „Książka i Wiedza”. Również autor wspomnień o ojcu, wykazuje się zadziwiającą (jak na syna piszącego o ojcu z dumą i podziwem) nieznajomością elementarnych faktów. Na stronie 71 podaje, że dokonał skrótów w suplemencie do wspomnień, napisanym przez ojca. Niestety, w książce, skróty nie zostały zaznaczone. Na tej samej stronie (ponadto na stronie 40) możemy przeczytać, że według autora, tekst suplementu jest publikowany w Polsce po raz pierwszy. Nie jest to prawda. W drugim obiegu suplement do wspomnień politycznych Stanisława Głąbińskiego ukazał się dwukrotnie: po raz pierwszy staraniem wydawnictwa Unia Nowoczesnego Humanizmu w 1983 roku, a po raz drugi w wydawnictwie „Jestem Polakiem” w 1987 roku. Nie odpowiada prawdzie również informacja podana na stronie 104, jakoby tekst suplementu, opublikowany w Londynie, „z czyimś wstępem”, którego „naukowcy zainteresowani tekstami ojca (...) w ręku nie mieli”, pochodził z kopii wywiezionej z kraju przez syna. We wstępie do opublikowanego w 1986 roku w Londynie tomu uzupełniającego wspomnień Głąbińskiego, napisanym przez Jędrzeja Giertycha możemy przeczytać, że wydanie londyńskie stanowi przedruk krajowego wydawnictwa podziemnego. Aby się o tym przekonać, wystarczyło odwiedzić na przykład warszawską Bibliotekę Narodową. Ale widocznie takie rzeczy nie są aż tak oczywiste ani dla wieloletniego dziennikarza PAP ani dla renomowanego wydawnictwa.

Podobnych niejasności jest wiele. Trudno zrozumieć, w jaki sposób Głąbińskiego-ojca mogły zaboleć „pamiętniki polityczne Stanisława Grabskiego”, skoro zostały one napisane w latach 1946 – 1948, czyli kilka lat po śmierci profesora Głąbińskiego? (s.44). Autor nie wie (s. 45) jakie były powojenne losy Tadeusza Bieleckiego i czy jeszcze żyje (zmarł w 1982 r.). Jest przekonany, że Konstytucja 3 Maja „nigdy nie weszła w życie” (s. 49). Wspomnienia Skrzypka nie zostały opublikowane w drugim obiegu „w latach stanu wojennego”, ale dopiero w 1987 roku przez wydawnictwo „Wola”, zatem traci sens zdanie o jej poszukiwaniu „w połowie lat osiemdziesiątych” (s. 63).

Reasumując, książka odsłania kolejną kartę tragicznych dziejów polskiego obozu narodowego. Odsłaniając, przy okazji zniekształca. Wydawnictwo „Książka i Wiedza” ma jednak okazję do rehabilitacji, w formie opublikowania w całości należycie opracowanych wspomnień Stanisława Głąbińskiego-ojca.


Národní Myšlenka

Wojciech Szczepański

Czytelnicy „Porty” (a także jej twórcy), hołdujący konserwatywno-narodowej idei politycznej oraz uznający uniwersalizm chrześcijańskich wartości, zapewne z radością przyjmą informację o tym, że ich „sprzymierzeńcami z ducha” są animatorzy wartościowej czeskiej „Myśli Narodowej” (czes. Národní Myšlenka).

Czym jest „Národní Myšlenka”? Otóż jest to przede wszystkim atrakcyjne pismo, nawiązujące do przedwojennego periodyku czeskich narodowców, wznowione z początkiem lat 90. XX wieku „na papierze”, a od pewnego czasu również w wersji internetowej (http://www.narmyslenka.cz). Obecność w sieci rozwija, a „Národní Myšlenka” jest tego doskonałym przykładem. Wokół pisma rozbudowany został bowiem cały nezávislý server konzervativního nacionalismu (słów tych polskiemu czytelnikowi z pewnością nie trzeba przekładać), na którym znaleźć można wiele interesujących artykułów (nie tylko tych, istniejących zarazem w wersji papierowej), ciekawie podane informacje z Czech i świata, a także wartościowe linki. Otwierająca serwer strona podaje informacje o środowisku tworzącym „Myśl Narodową” i przyświecających mu konserwatywnych ideałach, charakteryzuje profil pisma i cel przedsięwzięć z nim związanych. Strona ta – co istotne – dostępna jest nie tylko w wersji czeskiej, ale także po angielsku i polsku.

„Národní Myšlenka” jest więc bogatą w swej ofercie inicjatywą intelektualną (i ogólniej ujmując społeczno-kulturową) czeskich konserwatywnych narodowców, na którą składa się czasopismo, jego „infrastruktura internetowa” oraz – o czym dotąd nie wspomniano – istniejące od 2003 r. stowarzyszenie „Myśl Narodowa”, firmujące różnego rodzaju inicjatywy, które określić można następującymi przymiotnikami: prawicowe, wolnościowe, niezależne, konserwatywno-narodowe, chrześcijańskie, antybiurokratyczne i antysocjalistyczne (a zatem – w odniesieniu do dwóch ostatnich – również wyraźnie antyunijne). Tyle skrótowej charakterystyki.

Czasopismo, do której bliższego poznania zachęcam wszystkie konserwatywno-narodowe bratnie dusze, nie bojące się czeszczyzny (nie taka ona straszna, w końcu nie wszystkie czeskie słowa są tak „podobne” do polskich jak brambory do „ziemniaków”), może naprawdę zainspirować do myślenia ambitnego i nonkonformistycznego. Może ona wiele nauczyć, niejedno przypomnieć, uwrażliwić na sporo ważkich kwestii. Słowem – może poszerzyć horyzonty.

„Národní Myšlenka” nie unika podejmowania złożonych kwestii oraz stawiania trudnych pytań. Jest naprawdę niezależna, nie podporządkowująca się modom, idąca pod prąd w obronie wartości, przeciwstawiająca się zabobonom „nowoczesnego człowieka”, bezrefleksyjnie nurzającego się w konsumpcji. Jej redaktorzy i współpracownicy nie wahają się piętnować święcącego tryumfy ogólnoeuropejskiego szału przekreślania suwerenności państw w imię dobrobytu oligarchii i jednostek. Nie szczędzą także cierpkich słów twórcom iluzorycznych kontrpropozycji ideowo-politycznych dla eurosocjalizmu, które nie przemogą go wikłając się z nim w dialog (vide: podcinająca pod sobą gałąź chrześcijańskich wartości zachodnioeuropejska chadecja). Nie wstydzą się swych uczuć do symboli starego europejskiego ładu ani „niepostępowych” poglądów w kwestiach tak fundamentalnych, jak obrona ludzkiego życia. Dlatego na łamach czeskiego czasopisma mogą zaistnieć teksty, w których mówi się o holokauście nienarodzonych dzieci w USA, roztrząsa zagadnienie „demokracja a rodzina”, podaje w wątpliwość moralne kwalifikacje Johna Kerry’ego do bycia prezydentem wspomnianego powyżej mocarstwa, piętnuje nijakość poglądów czeskich lewaków.

Wymienione tematy są jednak ledwie cząstką zagadnień, które uznaje się za istotne w „Myśli Narodowej”. Jak na pismo o obliczu konserwatywno-narodowym przystało, sporo w nim również rozważań o historii, które niżej podpisanego z racji jego profesji cieszą w szczególny sposób. Oto przykładowe tematy:

Zaimponować może podejmowanie w czeskim czasopiśmie zagadnień środkowoeuropejskich w sposób wolny od uprzedzeń – np. do międzywojennych Polski i Węgier, które państwowości czechosłowackiej, co jest rzeczą powszechnie wiadomą, nie traktowały bynajmniej z sympatią. W tej kategorii cieszyć powinno poświęcenie na łamach pisma miejsca na przedruk tekstu śp. prof. Wacława Felczaka – wielkiego historyka, przyjaciela Węgrów, Słowaków i Południowych Słowian, bohaterskiego kuriera i nie eksponującego swych zasług antykomunisty, represjonowanego przez SB.

Wreszcie jeszcze jedna istotna, mimo podjęcia jej na sam koniec, kwestia – obecność Polaków wśród autorów tekstów ogłaszanych w „Myśli Narodowej”. Obecność powodująca radość i pewnego rodzaju satysfakcję, pozwalająca żywić nadzieję na rozwój współpracy między polskimi i czeskimi konserwatystami.


W Poznaniu o sytuacji Serbii
przed i po 1999 roku

Wojciech Szczepański

W siedzibie Instytutu Historii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu miał miejsce 10 III br. niezwykle ciekawy wykład prof. Teresy Protas na temat sytuacji gospodarczej Serbii. Wystąpienie nosiło tytuł „Serbia przed i po wojnie”, co okazało się magnesem przyciągającym liczne grono słuchaczy. Stanowili je głównie studenci UAM, ale także miejscowi i zamiejscowi członkowie Komisji Bałkanistyki poznańskiego Oddziału PAN, kierowanej przez prof. Ilonę Czamańską. Na wykład, połączony z obradami Komisji przybyli do Poznania m.in. tacy znani specjaliści od spraw bałkańskich, jak prof. Jerzy Hauziński (były rektor PAP w Słupsku, współautor „Historii Albanii”), prof. Antoni Giza z Uniwersytetu Szczecińskiego czy też dr Jarosław Dudek (bizantynista z Uniwersytetu Zielonogórskiego).

Prof. Teresa Protas – ekonomista z Politechniki Poznańskiej, swoją karierą naukową, od doktoratu począwszy, związała się z problematyką gospodarki jugosłowiańskiej. Dysponując poważną wiedzą w tym zakresie przez kilka lat służyła nią jako radca handlowy ambasady Rzeczypospolitej w Belgradzie, przebywając w stolicy Jugosławii także przez pierwsze dni natowskich bombardowań, rozpoczętych 24 III 1999 r. Omawiane zagadnienia krachu gospodarki Serbii w latach 1993 – 1994 oraz problemów politycznych tej Republiki w całej ostatniej dekadzie minionego stulecia, są więc poznańskiej uczonej znane wskutek osobistych obserwacji.

Referując interesującą, a zarazem trudną tematykę serbską, prof. T. Protas bardzo ciekawie nakreśliła zagadnienia takie, jak:
– problem niewyobrażalnej wręcz i dezorganizującej całą gospodarkę państwową hiperinflacji (sięgającej sekstylionowych wartości i doprowadzającej do posługiwania się przez społeczeństwo walizkami nic nie wartych 50 i 500 000 000 000 banknotów!),
– bolesne koszta reformy ekonomicznej prof. Dragoslava Avramovicia,
– sprawa ograbienia obywateli przez reżim z niemal wszystkich posiadanych przez nich oszczędności dewizowych, która dokonała się wskutek działania sieci banków Dafina (banki te prowadziły dewizowe lokaty terminowe z nadzwyczaj korzystnym oprocentowaniem, które następnie znikły w momencie ogłoszenia upadłości).

Serbia postmiloszeviciowska, nadal skorumpowana i znajdująca się w politycznym kryzysie, powoli stawia na nogi swoją gospodarkę. Referując kwestię obecnych reform prof. T. Protas dostrzegła w nich niejedno korzystne posunięcie, sporą determinację, czynniki stabilizujące sytuację makro- i mikroekonomiczną. Podkreśliła stabilność walutową Republiki oraz względną przewidywalność posunięć ekonomicznych, jakie mają w zanadrzu serbscy politycy. Gospodarką serbską nie wstrząsnęła dotkliwie nawet śmierć Zorana Djindicia, najbardziej zdeterminowanego wśród polityków zwolennika serbskich reform i orędownika kursu przyjętego przez, byłego już, ministra finansów Bożidara Djelicia.

Wszystkie wskazane plusy nie zmieniają jednak faktu, że na serbskie reformy ekonomiczne kładą się cieniem niektóre, źle przygotowane prywatyzacje oraz nadużycia polityków i części środowisk, które nazwać można „polityczno-biznesowymi”.

Na koniec warto nadmienić, iż prof. T. Protas, wychodząc tylko i wyłącznie z przesłanek ekonomicznych, nie sugerując się zaś argumentami polityków, dość powściągliwie odniosła się do nadziei polityków i ekonomistów serbskich, sądzących, iż wszystkie bolączki gospodarcze ich kraju rozwiąże akces do UE. Integracja takich gospodarek jak serbska, ale także polska, czy też niektóre inne środkowoeuropejskie z systemem ekonomicznym UE nie stanowi recepty na liczne problemy. Złe przeprowadzenie tego procesu może zaś problemy te nie tylko pozostawić nie rozwiązanymi, ale wręcz nasilić – przestrzegła poznańska ekspertka.


 

Wielka Tradycja

Lucjan Siemieński

 Wieczory pod lipą

Otóż ta Polska, zwyczajnie, jak to każdy początek trudny, zrazu była małą, ale z czasem, kiedy jaki monarcha mądry i sprawiedliwy panował, a naród słuchał przykazań Boskich i był cnotliwy i waleczny; tedy Pan Bóg zaraz dopomagał i Polska coraz bardziej rosła już to przez wielkie zwycięstwa nad nieprzyjaciółmi, już to, że drugie narody słowiańskie widząc, jak w polskim kraju dzieje się sprawiedliwość, jak wolność jest wielka, a oraz pobożność i bojaźń Boga, same z dobrej woli przystawały do Polaków, i tak powiększały Polskę. Potem jednakże, kiedy przestano myśleć o dobru ojczyzny, kiedy każdy dogadzał tylko sobie, kiedy sprawiedliwości nie było, a mocniejszy słabszego uciemiężał bez litości, kiedy na koniec znika pobożność i bojaźń Boga w narodzie, kiedy jedni drugich nie kochali jak braci, kłócąc się, najeżdżając i zabijając nawzajem; tedy (…) Pan Bóg odwrócił swoje oblicze od nas, spuścił wielkie kary na naród za jego grzechy, nasłał mnogich i okrutnych nieprzyjaciół, którzy go rozebrali i uzbroili braci na braci. Tak jest, dziatki moje! Pan Bóg przez kilka pokoleń karze występki ojców. Dlatego to, co wam opowiadać będę, powinniście brać sobie do serca, jako rzecz świętą, jak pacierz, jak dziesięcioro przykazania i starać się, abyście w postępkach stawali się podobnymi do wielkich i cnotliwych przodków, którzy dla zbawienia i szczęścia swych braci i ojczyzny, chętnie ofiarowali życie i zdrowie swoje, majątki swoje, pracę dnia każdego; za co też otrzymali wieniec nagrody w niebiesiech, a na ziemi cześć i chwałę."

 


Wieczory pod lipą czyli historya narodu polskiego opowiadana przez Grzegorza z Racławic, Kraków 1868, s. 11-12.